Wpisy, których autorem jest autor

Image and video hosting by TinyPic
Szerokie spectrum przeciwskazań mimo stymulatywnej zachęty ze strony mojego przyjaciela współniedoli Tadeusza Bieńkowskiego sprawiało,         iż z dużym oporem podjąłem próbę odtworzenia wydarzeń związanych      z odbywaniem wojskowej służby. Źródło owego oporu znajduje się             w warstwie skrajnie sprzecznych ze sobą faktów uwikłanych w semantycznej strukturze pojęciowej: wojsko. W epoce PRL-u Wojskowa Komisja Rekrutacyjna, w myśl odgórnych dyrektyw, postanowiła potencjalnym rekrutom wymierzyć taką oto perspektywę: miast bowiem honorowego i zaszczytnego obowiązku wobec ojczyzny jak to drzewiej bywało- służba wojskowa została zamieniona na upokarzający bolesny los i trud ciężkiej- w tym również niebezpiecznej pracy- w kopalni. Władze polityczne powojennego systemu ustrojowego w naszym kraju, zgodnie      z doktrynerską ideologią, wychodziły z założenia, iż synom wywodzącym się z sanacyjnych rodzin elitarnych należy „dać taką szkołę”, która ich niejako przysposobi do odpowiedniego funkcjonowania w nowej socjalistycznej rzeczywistości. Gwoli uściślenia kryterium, które przyświecało czynnikom politycznym, w typowaniu owych młodych poborowych do Jednostek Wojskowych (dziś juz można je adekwatnie określić)- Karnych, to nade wszystko fakt, iż ich ojcami byli sanacyjni profesorowie, oficerowie, policjanci, lekarze, a także właściciele wielkich dóbr ziemskich i materialnych posiadłości. Niekiedy aby trafić do danych jednostek wojskowych, wystarczyło być synem „kułaka”. Tym mianem bowiem kategoryzowano rolników, których nie objęła nacjonalizacja i w ich dyspozycji pozostawały relatywnie na tyle pokaźne gospodarstwa (25 ha), iż byli oni traktowani jako kułacy. I z tego właśnie tytułu też trafiali do rzeczonej służby.
Image and video hosting by TinyPic
Moje powołanie do wojska otrzymałem w okresie, gdy byłem zatrudniony w Towarzystwie Wiedzy Powszechnej w charakterze recytatora i piosenkarza. Był to Zespół Żywego Słowa, pełniący w głównej mierze misję propagatora indoktrynerskich programów artystycznych na rzecz wczasowiczów, przebywających w ośrodkach wczasowych i niezwykle żądnych rozrywki. Toteż trudno się dziwić, iż do komisji rekrutacyjnej  zgłosiłem się jedynie wyposażony w symboliczny ręcznik, mydło i szczoteczkę do zębów. Przy czym najistotniejszym atrybutem w moim posiadaniu była: mocno uargumentowana politycznie reklamacja. Gdy przedstawiłem ją wojskowej komisji, uslyszałem następujące słowa: „w wojsku artyści są również potrzebni”. I takim oto sposobem prysnął mit o „bezwzględnie efektywnej reklamacji”- tak bowiem zdefiniowali ją w pracy moi zwierzchnicy przeświadczeni o jej skuteczności. A zatem zaistniałe zdarzenia były dla mnie druzgoczące. A jeszcze nie miałem świadomości kolejnych „niespodzianek”. W tym stanie rzeczy jedynym dla mnie pewnikiem było to, iż od służby wojskowej nie ma odwrotu i że jeszcze w tym samym dniu czeka nas transport w nieznanym kierunku. Ponad godzinna jazda pociągiem w kierunku Śląska i pojawiający się na horyzoncie pejzaż górniczych kopalni już częściowo sugerował charakter „zaszczytnej służby”. Po wyjściu z pociągu tę świadomość ugruntowała zbiórka poborowych, na wyznaczonym placu, w miejscowości Wesoła i towarzyszący opodal widok kopalnianych obiektów. Po lapidarnym powitaniu nas przez dowódcę jednostki, szarżę nad nami przejęli kaprale. To sprawiło, iż w naszych szeregach nastąpiła błyskawiczna metamorfoza:- z poborowych na rekrutów. Po uformowaniu drużyn niezwłocznie rozległy się pierwsze rozkazy: „padnij!-powstań!padnij!-powstań!”. Ów wielokrotny motyw był tak szybko wykrzykiwany, iż nie sposób było zdążyć z jego realizacją. Po czym dla częściowej odmiany padł nieco zmodyfikowany rozkaz: „samolot kryj się, bo cie ziemia pokryje!” I tu gwoli dopełnienia frazy poleciała ostra wiązanka nieparlamentarnych słów. Po chwili znów wrzaskliwie zadźwięczała w uszach kolejna komenda: „w lewo bieg! padnij, powstań! w prawo bieg! padnij, powstań!”. Multiplikowane o prymitywnej treści konstrukcje słownych poleceń i bezwzględne egzekwowanie, w konsekwencji doprowadziły nas niemal do utraty tchu. A u jednego spośród chłopaków wywołały wręcz epilepsyjny atak.
Image and video hosting by TinyPic

Z góry usankcjonowane i wymierzone w nas na wskroś represyjne elementy musztry, będące niejako inauguracją naszej wojskowej służby, stanowiły fundamentalną sekwencję, mającą wypełnić dwutygodniowy okres rekrucki. A gdy dodamy do tego naddyscyplinujące pełne histerycznego wrzasku rozkazy,naszpikowane wiązankami wulgaryzmów, wówczas świadomość dalszego funkcjonowania w tej tak ekstremalnej sytuacji- eufemistycznie ujmując- rysowało przed nami mroczną perspektywę. Tak pojęte przysposobienie żołnierskiej dyspozycji i bojowej gotowości mogły jedynie umocnić w naszych wyobrażeniach przeświadczenie, iż nie umiejętność ładowania naboju do zamka karabinu i trafianie w dziesiątkę, lecz- węgla na kopalniany wózek, stanie się dla nas priorytetowym zadaniem.
Trudno zatem dziwic się, iż w obliczu nieciekawie zapowiadającej się wizji jutra, poczęlismy dobitnie odczuwać, jak obezwładnia nas bezsilność i psychiczna destrukcja. W tym kontekście zaświtała nam jednak nadzieja, iż być może etap pracy w kopalni będzie dla nas korzystniejszym wariantem służby, a jednocześnie- o szczęśliwy losie!- w tej niezwykle trudnej fazie nasyconej morderczymi ćwiczeniami, pojawiło się pobłyskujące w tunelu światełko związane z czynnościami, do których mozna było zgłaszać swój akces- zależnie od indywidualnych predyspozycji. W szerokim wachlarzu różnego typu aktywności, mnie przypadło w udziale przygotowanie programu artystycznego. Albowiem akt przysięgi zamykającej okres rekrucki m.in. wymagał artystycznych imprez.
Image and video hosting by TinyPic
Próba stworzenia co  najmniej dwugłosowego chóru, w tak krótkim czasie wymagała częstych prób. A to miało dla nas wręcz zbawienne znaczenie: zminimalizowanie udzału w „manewrach”- z jednej strony. Z drugiej- odreagowanie psychicznych napięć. Ów szczęśliwy zbieg okoliczności miał znacznie szerszy wymiar. Otóż w imię wzbogacenia imprezy, na polecenie dowódcy jednostki, pojechałem po moją dziewczynę (tancerkę), która miała stanowić clou programowej oferty. Toteż nie było zaskoczenia, gdy po występach usłyszeliśmy z ust zwierzchników, iż nasza kompania zaprezentowała najlepszy program i z tego tytułu zespół otrzymał miano reprezentacyjnej formacji artystycznej. Poziom wykonawczy chórzystów, partie solowe, akompaniament akordeonowy i nie banalna konferansjerka stanowiły o dużej atrakcyjności występu, co niewątpliwie przyczyniło wykonawcom premiujące atuty. Nasze produkcje artystyczne serwowaliśmy zarówno naszym jak i innym żołnierzom. Szczególnie często i chętnie występowaliśmy na rzecz publiczności cywilnej. A to przekładało się na różne formy wyróżnień: częste przepustki, łaskawsze traktowanie przez zwierzchników. Acz gwoli ścisłości nie wszystkim uczestnikom zespołu udzielono prerogatywy, w postaci pracy na powierzchni kopalni. Ale i za to chciało się rzec: Bogu dzięki! W tej sytuacji, na ów stan rzeczy można było przystać- zważywszy fakt towarzyszącego nam kontekstu lata. Zgoła odmiennie kształtowało się nasze położenie, gdy nadeszła jesień, a wraz z nią dotkliwe spadki nocnych temperatur. Od zarania naszej służby- paradoksalnie- nasze namioty służyły nam jako kwatera. Faktyczne obiekty zakwaterowania bowiem znajdowały się dopiero w fazie budowy. Toteż podczas szczególnie chłodnych nocy sen zastępowały próby wzmagania się z ich dotkliwymi skutkami. Polegały one na zakładaniu- przed czujnym okiem oficera służbowego- munduru. A w przypadku kontroli, w stosownym momencie, należało z niego szybko wyskakiwać. Znana supozycja z tego wynikała w sposób jednoznaczny: sporadycznie pojawiające się jaskółki nigdy nie czyniły wiosny w pełni. Takie wojskowe jednostki jak nasza, charakteryzowały się dbałością o zachowanie względnie wyrównanych proporcji w zakresie warunków bytu. Czynniki pozytywne nie mogły wywoływać poczucia nadmiernego zadowolenia, albowiem naruszyłyby system represywnego kształtowania postaw asymilujących się w nowej rzeczywistości. Konstrukcja cyklu dnia była głównie oparta na pracy w kopalni, wysłuchiwaniu pseudowykładów natury politycznej, zabarwionych rusopochodną frazeologią, wygłaszanych przez politruka i niekiedy przeplatana quasi wojskową musztrą. Swoistą okrasą programu dnia z całą pewnością stanowiły posiłki. Szczytem zaś przyjemnej rozrywki i odreagowującego relaksu był udział w próbach artystycznego zespołu. I takim oto rytmem dnia upływała jesienna pora i coraz bardziej doskwierające noce. Wprawdzie ową dokuczliwość przerwała przeprowadzka z namiotów do nowowybudowanych koszar,ale z kolei zapoczątkowała dla zdrowia szkodliwość surowych murów. Toteż skutki owej szkodliwości dopadły mnie bardzo szybko. W konskwencji więc wylądowałem w Wojskowym Szpitalu w Krakowie. Przy czym sytuacja ta przywołuje znaną maksymę: ” nie ma tego złego” etc.. albowiem pobyt w Krakowie okazał się być dla mnie nadzwyczaj obiecujący. Otóż gdy zgłosiłem się do Wojskowego Zespołu Pieśni i Tańca, aby zademonstrować swoje umiejętności wokalne- ku mojemu zaskoczeniu-zostałem zakwalifikowany do zespołu. A zatem- co było dla mnie najistotniejsze- niejako wyzwolony od pracy w kopalni. Muszę jednak otwarcie wyznać, iż nie obyło się bez tzw. moralnego kaca. Ja znalazłem się w nowej, dla mnie szczęśliwej sytuacji. Podczas gdy moi koledzy skazani zostali na dotkliwe wzmagania z przeciwnościami losu. Z tego tytułu, iż ich wojskowa służba została przedłużona, trwała pełne trzy lata. Nie sądzę, aby dla moich kolegów pocieszającą okolicznością był fakt, że ta dla mnie zbawcza sytuacja w ZPiT była jedynie epizodem. W momencie, gdy w ślad za rozkazem przeniesienia do nowej formacji, trafiły też moje personalia, to niemal automatycznie relacje mojego zwierzchnika i zarazem kierownika zespołu, w stosunku do mnie uległy radykalnej zmianie, co skutkowało świadomością, iż mój udział w zespole dobiegł końca. Co prawda pobyt w zespole, udział w koncertach był dla mnie niemal błogostanem. Ale rozstanie się z nim nie traktowałem w kategoriach dramatu. Zostałem skierowany do Wojskowej Jednostki Budowlanej, która stacjonowała w Zakopanem. A jej głównym zadaniem była budowa sanatorium, jako obiektu przeznaczonego dla wojskowych służb. Moje nowe usytuowanie w dużym stopniu łagodziło zaznaną konsternację. Wprawdzie znów trzeba było zakasać rękawy i podjąć niezwykle ciężką pracę, polegającą m.in. na dźwiganiu pod górę 50 kg worków cementu i podwożenie na taczkach na niebagatelną górkę, równie ciężkich cegieł. Ów wyselekcjonowany przykład wykonywanych prac był jedynie namiastką całej serii innego rodzaju czynności, wchodzących w zakres budowy ogromnego obiektu, a jednocześnie wymagały one niebagatelnego wysiłku.
Image and video hosting by TinyPic 
Podobnie jak w kopalni, wyczerpującą pracę kompensował nam udział w imprezach artystycznych- szczęśliwym zbiegiem okoliczności -mitręgę budowlaną w Zakopanem neutralizowała przeciwwaga w postaci szeregu nobilitatywnych występów, niekiedy mających znaczącą rangę- czynnik odczuwalnie podnoszący morale i ducha nadziei. Szczególnie w kontekście odbieranych (na jednym z koncertów) gratulacji od Andrzeja Trzaskowskiego, który w niedalekiej perspektywie okazał się być gigantem muzyki jazzowej.
W toku odbywania owej „zaszczytnej” służby wojskowej, nabywałem różne umiejętności, z różnym skutkiem. Przy czym specjalność zawodowa jaka przypadła mi w udziale, w finalnym okresie służby, przeszła moje najśmielsze wyobrażenia. W warsztacie szewskim wakowało miejsce przeznaczone dla żołnierza, którego obowiązkiem było łączenie dwóch funkcji: rozliczeniowca przydzielonego materiału i pomocnika mistrza. A zatem skoro wyznaczono mi tę funkcję, to muszę wyznać, iż z ogromną nieśmiałością i wręcz zażenowaniem podejmowałem czynności związane z naprawą obuwia. No cóż, rozkaz nie stwarzał wyboru. I oto pewnego dnia tak się złożyło, iż do warsztatu przybył dowódca jednostki, celem przybicia do obcasów jego butów z cholewami, blaszek. Zgodnie ze swoim przeznaczeniem począłem, drżącymi rękoma nieporadnie przybijać blaszki: -cudem udało się! Niemniej nie obyło się bez komentarza ze strony Dowódcy: „myślę, że lepiej sobie radzicie śpiewając”. Toteż zgodnie z tą diagnozą, po powrocie do cywila, przystąpiłem do doskonalenia swojego warsztatu ale wokalnego.

Image and video hosting by TinyPic

Stanisław Florek

 Moje wspomnienia poświęcam opisaniu warunków w jakich pełnili służbę żołnierze-górnicy Z.S.W.14 wojskowego Batalionu Górniczego mp Wesoła. Nie wyczerpuje ono tematu, ale w dużym stopniu poszerza wiedzę o tym, jak dalece realia tej służby odbiegały od żołnierskiej legendy.
 29 maja 1950 roku rocznik 1930 został powołany do wojska. Pobór przeprowadzono w wybranych miejscowościach przez W.K.R-y Mazowsza, Wielkopolski, Śląska i Krakowa. Poborowych nie informowano dokąd kieruje ich MON i jaka czeka na nich żołnierska przygoda. Po przybyciu na miejsce postoju okazało się, że koszar nie ma, a będą wtedy, kiedy je sobie wybudujemy. Zamieszkaliśmy w namiotach. Wkrótce , co prawda, rozpoczęliśmy budowę koszar. Trwała ona przez całe lato i jesień, do początku zimy. Dały się więc nam porządnie we znaki jesienne wichury i wczesne przymrozki. Przemarznięte i zesztywniałe od mrozu prześcieradła i koce ziembiły, a nie grzały nasze ciała do tego stopnia, że mniej odporni żołnierze kładli się spać w mundurach. Wieść o tym rychło dotarła do dowództwa. Zaczęły się nocne inspekcje, w wyniku których sypały się na żołnierzy regulaminowe kary. Po pośpiesznym przeszkoleniu 17 czerwca złożyliśmy przysięgę wojskową. Nawet jedzenie w tym dniu było trochę lepsze. Kompanie poszły spać w miarę syte i zadowolone. Następnego dnia dowództwo oświadczyło brutalnie, że nie przyszliśmy tu darmo żreć, ale pracować. Oczy, zawiedzione w swoich żołnierskich aspiracjach, synów narodu polskiego, oglądały codziennie wznoszące się na nieodległym horyzoncie kopalniane szyby. Przekazywano sobie ich nazwy: Wesoła, Ziemowit, Piast, Murcki. Ze szczególnym naciskiem dowództwo wymieniało kopalnię Wesoła, podkreślając przy tym, że to właśnie nam przypadł zaszczyt pracowania na tej kopalni. -Dlaczego zaszczyt?-pytaliśmy. Ano, dlatego-brzmiała odpowiedż- że jest to pierwsza socjalistyczna kopalnia w Polsce. To znaczy wybudowana od podstaw w PRLu. Milczeliśmy. Naszym zdaniem zaszczyt to był niewielki. W dodatku „Wesoła”. Co za absurdalna nazwa. Nie było nam do śmiechu. Rozkaz, to rozkaz, wiadomo wojsko, ale w tym przypadku przymus był oczywisty.
Image and video hosting by TinyPic„ 
 Z batalionu wyodrębniono kompanię drugą i skierowano ją do prac budowlanych przy budowie koszar, łażni, cechowni i innych budynków współtowarzyszących kopalni. Pozostałe dwie kompanie do robót łażni i innych budynków współtowarzyszących kopalni. Pozostałe dwie kompanie do robót na „dole”, bezpośrednio związanych z wydobywaniem węgla kamiennego.Obsługiwanie szybu, maszyn kopalnianych, wózków, instalacji elektrycznych i wentylacyjnych należało do cywilów. Żołnierzy pochodzących ze Śląska praca „na dole” specjalnie nie przerażała, ale chłopaków z innych regionów przejmowała grozą. Pocieszano nas tym, że „nasze” kopalnie są bezpieczne, bo nie są „gazowe” i że tylko w kopalni „Piast” po ścianach szybu bez przerwy leje się woda. Żołnierze zjeżdzający tym szybem do pracy zakładali na siebie grubą i niewygodną odzież ochronną, która w małym stopniu zabezpieczała ich przed przemoknięciem i przeziębieniem. Byli i tacy, którzy tym szybem zjeżdżali na golasa i dopiero na dole zakładali suchą odzież roboczą. Tak więc praca w kopalniach była nie tylko cieżka, ale trudna, była niebezpieczna. Zdarzały się grożne okaleczenia, a także wypadki śmiertelne. Przytoczę dwa, bardzo charakterystyczne.
 Do szybu wentylacyjnego kopalni „Wesoła” runął żołnierz z 3 kompanii Tadeusz Trajder. To co podniesiono z głębokości 75 metrów nie przypominało ludzkiego ciała. Ot, kupka połamanych gnatów i okrwawionego mięsa. Pogruchotana czaszka patrzyła pustymi oczodołami, z których w następstwie uderzeń o stalowe przęsła wyskoczyły i zapodziały się gdzieś bezpowrotnie gałki oczne. A był ten żołnierz  jedynym opiekunem i żywicielem swej matki-inwalidki. Szeptano, że być może popełnił samobójstwo. Szeptano, że wcześniej prosił o urlop, bo chciał matce zabezpieczyć dom przed nadchodzącą zimą, ale mu urlopu odmówiono. Innego żołnierza, pochodzącego z Wągrowca, śmiertelnie poraził prąd elektryczny. Leżał bez ratunku w pobliskiej szopie, na kupie pustych worków po cemencie, przewracał oczami i bełkotał coś niezrozumiale. Lekarz pogotowia przyjechał z pomocą medyczną dopiero po 3 godzinach. Żołnierz zmarł dwie godziny wcześniej. Za śmierć tych  żołnierzy nikogo nie pociągnięto do odpowiedzialności karnej, mimo że stwierdzono poważne zaniedbania, które mogły być przyczyną obydwu tragedii. Nie przeprowadzono żadnego śledztwa. Do akt personalnych dołączono jedynie raport powypadkowy dyżurnego sztygara i kierownika budowy. Na tym sprawę zamknieto.
 W każda niedzielę, po śniadaniu, organizowano dodatkowe wyjazdy do przymusowej pracy. Wyglądało to
w ten sposób, że na komendę „ochotnicy wystąp”, ochotników pozostawiono w koszarach, a zdesperowanych „nie-ochotników” ładowano na ciężarówki i rozwożono po różnych kopalniach. W następną niedzielę, na komendę „do dwóch odlicz”, co drugi jechał do pracy i tak w kółko. Ponadto żołnierze byli poddawani nieustannemu praniu mózgów, polegającego na wysłuchiwaniu niekończących się pogadanek polityczno-wychowawczych. Poziom tych pogadanek był naprawdę niski. Kadra podoficerska, w większości, nie posiadała podstawowego wykształcenia. Wszelka dyskusja w obrębie tych pogadanek kończyła się na poleceniu „bez dyskusji” albo „co, wojsko się wam nie podoba”. Podczas jednej z takich pogadanek ośmieliłem się mieć inne zdanie, aniżeli dowódca plutonu, na temat stosunku króla Jana Kazimierza do sprawy chłopskiej, zostałem ukarany całotygodniowym sprzątaniem koszar i paleniem w piecach. Tak właśnie, na ogół,wyglądała w naszej jednostce zachęta do dyskusji.
 Którejś niedzieli, gdy pod przymusem zagarnięto nas do dodatkowej pracy „na dole”, tylko nadzwyczajny układ wydarzeń uratował nam życie. W przodku pracowało 4 żołnierzy i 2 cywilów. W pewnej chwili jeden z nich popatrzył po stropie, ujął w rękę perlik i powiedział: -cofcie sie chłopy. Zamachnął się lekko i dziabnął tym perlikiem w strop, a strop runął pod nogi przytulonych do przeciwległej ściany, struchlałych żołnierzy. Zatrzeszczała obudowa na stosunkowo wysokim w tym miejscu chodniku. Wszyscy rzuciliśmy się do tyłu. Z przeraźliwym trzaskiem poszło kilka stempli. Prawą stroną chodnika ruszyło wielkie ciśnienie. Waliła się ściana. Ogromne kamienie i kawały węgla przemieszczały się jak żywe i zapadały gdzieś w głąb. Po chwili wszystko ucichło. Jeszcze potrzaskiwały deski w części ocalałego stropu i sypał się z góry czarny pył. Prawdopodobnie odsłoniła się pusta podziemna pieczara, do której runęło kilkadziesiąt ton kamieni i zbrylonego węgla. -No,chłopy,mieliśta szczynście- powiedział bez emocji górnik-uważajcie na ten strop.
 Patrzyliśmy z przerażeniem na koszmarną przestrzeń, która tak nagle odsłoniła się przed nami i mogła być naszym wspólnym grobem, gdyby nie górnicze doświadczenie cywila. Do końca szychty zgrabiałymi paluchami wybieraliśmy rumowisko, ładowaliśmy na drewnianą „sukę” (skrzynia bez kół) i ciągnęliśmy ją do odległego o 40 metrów wysokiego chodnika i dopiero tam ładowaliśmy urobek na wózki. Mordercza to była praca. Pokład węgla w tym chodniku był bardzo niski, miejscami dojście do wyrobiska nie zabudowane, a więc zagrożenie zawałem autentyczne. Od przodka do głównego chodnika przemieszczaliśmy się na czworakach. W kilka dni póżniej chodnik ten został miejscami całkowicie zaciśnięty, a wydobycie węgla na tym odcinku zaniechane.
Image and video hosting by TinyPic
 Kierowanie w takie miejsca nie przeszkolonych w górniczym fachu i niedoświadczonych żołnierzy było niedopuszczalne, a wręcz karygodne. Nikt się w dowództwie jednostki tym nie przejmował. Żołnierzy, pod przymusem, rzucono od razu na głęboką wodę, jakby z góry byli oni skazani na wykreślenie z rejestru żywych. Po pewnym czasie zrozumieliśmy dlaczego tak się działo. Władze PRL-u uważały nas za wrogów klasowych, za pokolenie dla komunizmu stracone. Byliśmy synami pracowników przedwojennej administracji, policjantów i wojskowych, bogatego mieszczaństwa i rolników (kułaków). Za jednym zamachem załatwiono dwie sprawy. Oddano niewygodnych marzycieli pod rygor wojskowej służby, a jednocześnie uzyskano darmowego robotnika do pracy w przemyśle cieżkim. Nie wszyscy żołnierze wytrzymywali tę próbę spokojnie. Część Ślązaków nie kryła swoich negatywnych uczuć do nowej Polski. Zdarzały się dezercje, doraźne sądy i wyroki śmierci przez powieszenie. W tych warunkach prowadzenie pracy kulturalno-oświatowej, czy rozrywkowej było niezmiernie utrudnione. Jednostka nie posiadała na etacie pracownika przygotowanego do prowadzenia zajęć w tym zakresie, ponieważ dowództwo nie dostrzegało takiej potrzeby. Żołnierze sami podjęli ten trud, a szczególnie chłopcy z Krakowa. Krakowianin Stanisław Florek zorganizował i prowadził chór męski, który urozmaicał swoimi  występami wszystkie okolicznościowe akademie. Inni Krakowianie zorganizowali sekcję bokserską, drużynę piłki nożnej, a Franciszek Korzonek rozgrywki szachowe.
 Płynął czas. Mijały dni wypełnione pracą i goryczą. Bolesne myśli dręczyły zacne serce. Do rezerwy zostaliśmy przeniesieni rozkazem MON 29 listopada 1953 roku. Odchodziliśmy z Wesołej pośpiesznym krokiem. Nie było podziękowań za ciężką, niewolniczą pracę.
Dowódca jednostki, zrusyfikowany Polak, odgrażał się nam na pożegnanie. -Przyjdziecie tu jeszcze raz i na kolanach będziecie mnie prosić o pracę, ale tej pracy nie dostaniecie. Wściekał się, bo ze starego rocznika, mimo finansowej zachęty, pozostało ochotniczo do dalszej pracy w Wesołej tylko kilku Ślązaków, którzy jeszcze przed służbą wojskową pracowali w górnictwie. Nas jednak zaskoczyła przede wszystkim wizja naszej przyszłości, która według słów pułkownika nie przedstawiała się różowo. Pocieszające w tym jest to, że pułkownik ten okazał sie kiepskim wizjonerem.
 Do stacji kolejowej maszerowaliśmy w zwartej kolumnie, potem kolumna się rozsypała. Zajęliśmy miejsce w pociągu. Koło wagonów wystukiwały ochoczo: do domu, do domu. Pozostawał za nami śląski krajobraz i mocno osadzone w nim kopalniane szyby. W ich mrocznej głębi poznaliśmy smak tytanicznej, niewolniczej pracy. Tam też, właśnie w Wesołej zadzierzgnęły się między nami żolnierzami męskie przyjaźnie. Jeszcze dzisiaj, po 50 latach, są one trwałe i wierne sobie.

A oto reminiscencje „zaszczytnej” służby wojskowej zawarte w metaforycznych strofach autorstwa Tadeusza Bieńkowskiego.

Żołnierzom z Wesołej

To pięćdziesiąty rok
Wydarł żolnierzom przyszłość z rąk
I sztandar jak obelgę rzucił im w twarz,
Bo nie był to służby blask i cud,
Ale górniczy trud
I wyzysk pod hasłem bilansu
Odwiecznych krzywd i win,
Za dziada myśl, za ojca czyn
Zwyczajnie, prawem spadku
Zapłacił wnuk i syn.

Żołnierzu z Wesołej
Ty dobrze wiesz,
Jak gorzki był tam chleb-
To system gnębił i poniżał Cię
Bo według niego
Tyś wrogiem ludu był.

Minęły lata-wieku pół,
Los lepsze karty dał na stół
I naród partyjnych bożków powywracał
Bzdurnych idei przepadł mit
I wodzów piętnem pozaznaczał.
Więc wierzę mocno, że nienawiści dni
Już nie powrócą więcej,
A wodzom mówię: tytułem bilansu win
Na ścianę dać waszą nędzę.

                                                                                                               Tadeusz Bieńkowski

 Przed powołaniem do „woja” pracowałem w Państwowym Przedsiębiorstwie Fotogrametrii i Kartografii Polowej. Z powołania wynikało,że mam się stawić w terminie 2 tygodni na godz. 7 rano do W.K.R.Kraków przy ul. Głowackiego. Przy wejściu do budynku odebrano nam książeczki wojskowe i kazano czekać na rozkazy. Około południa zbiórka na placu apelowym. Wypłacono nam po 1 zł. oświadczając przy tym, że kto się oddali bez meldowania będzie uważany za dezertera, ponieważ otrzymaliśmy żołd wojskowy i od tego momentu staliśmy się wojskiem. Chcąc zaspokoić ciekawość zapytałem dokąd jedziemy- odpowiedź sierżanta w mundurze lotniczym była następująca: nie widzicie, że do lotnictwa, a dokąd to się póżniej dowiecie. Wszyscy wojskowi, którzy eskortowali nas do pociągu byli ubrani w mundury wojsk lotniczych, a na mundurach odznaki i medale: typy odrażające i małomówne. Siedząc w wagonie, zauważyłem przez okno, zbliżających się do pociągu około 30 chłopców w naszym wieku również eskortowanych przez lotników. Chłopcy marnie wyglądali, ubrani przeważnie w drelichy, bez żadnych tobołków, czy walizek. Co to za jedni-? ciekawiliśmy się.
 Stacja docelowa Mysłowice, a potem przesiadka do „banki”-po śląsku kolej międzykopalniana. Rozglądamy się za naszymi lotnikami, a ich już nie ma. Zniknęli. Zastąpili ich kaprale z piechoty, niesamowici krzykacze- rozdzierali się na nas, jak na bydło. Dwa razy nas liczyli, czy nas nie zabrakło. W wagonie kopalnianym zapytałem przybysza z drugiej grupy skąd jest. Po dłuższych naleganiach powiedział,że z więzienia Montelupich. Pomyślałem: ciekawe z nas będzie wojsko, pomieszane z młodocianymi więźniami.
 Stacja końcowa Kosztowy-Kopalnia Wesoła- było już wiadomo jakie będzie z nas wojsko. Wtenczas przypomniałem sobie, że rok wcześniej (wiedząc, że mnie czeka wojsko) napisałem prośbę do W.K.R.-ru o wcielenie mnie do Wojskowego Instytutu Geodezyjnego. Prośbę przyjęto, ale w rozmowie z tamtejszą władzą usłyszałem: w was drzemie zgnilizna reakcyjna. Dranie, wiedzieli, że mój ojciec przed wojną służył w policji. Zaczęło się mnie to wszystko niepodobać, a zwłazscza te rozdarte gęby kaprali.
 Zbliżał się wieczór. Rozdali nam namioty, kazali ustawiać. Nie powiedzieli w jakim kierunku, wytyczonej linii, czy odległości od drugiego namiotu. Ustawiliśmy tak, jak kto potrafił. Po godzinie przyszli krzykacze, porozwalali nam namioty i dopiero wtedy powiedzieli jak mają być ustawione. Po powtórnym ustawieniu namiotów, nastąpił przegląd naszych walizek. Jeśli ktoś posiadał wódkę, wino lub piwo zostało ono zabrane i skonsumowane przez kadrę. Tak zakończył się pierwszy dzień służby. Noc przespaliśmy w ubraniach i butach. Dali nam tylko do przykrycia się po lichym kocu.
 Rekruta bardzo mało przechodziłem, gdyż z kolegą Urlatą podałem się za telefonistę i przeprowadzaliśmy sieć telefoniczną z kopalni do jednostki. Po kilku miesiącach służby założyliśmy klub piłkarski, w skład którego weszli koledzy: Rychter,
Walczak, Cygala oraz jeden Ślązak, który przed wojskiem grał w II drużynie”Ruchu” i kilku innych, których nazwisk już nie pamiętam. Pierwszy mecz wygraliśmy z drużyną Wesołej 3:2, co się naszej kadrze spodobalo i klub został zarejestrowany. Z zakupem sprzętu były jednak trudności. Dla mnie było ważne to, że spotykajac się na tych meczach ze Ślązakami, można było dowiedzieć się wiele ciekawych rzeczy, nie tylko sportowych. Często braliśmy zapasowych pseudo-graczy, którzy mieszkali na Śląsku i w ten sposób
mieli możliwość spotkania się ze swoimi rodzinami. Ja zawsze jako zapasowego gracza zabierałem kolegę Pradeloka, którego wuj był kierownikiem w  kopalni Bytom.
 Po wygranym meczu dostawaliśmy i to nie zawsze jeden dzień wolnego. Mecze między klubami kopalnianymi załatwiała kadra i przeważnie za wódkę. Jeżeli były jakieś pieniądze to i te peniądze też kadra zabierała. Ale dla nas te mecze to był jakiś relaks.
Wśród żołnierzy miałem przyjaciół, a między innymi Jacusia z Gniezna, który był pisarzem w kancelarii kompanijnej i od niego do- wiadywałem się wszystkiego, co się działo w jednostce.
 Wreszcie doczekaliśmy się święta górniczego „Barburki”. Dali nam po 12 litra wódki na 4 żołnierzy i przenieśli nas do nowo wybudowanych baraków. Przez ten przedłużający się pobyt w namiotach, dużo chłopaków było chorych. Moczyli się, co drugi miał czyraki: poprzeziębiani byli wszyscy. Izba chorych była przepełniona. Brakowało rąk do pracy. Ze zgrupowania przyjechała delegacja z półk. Lipińskim, pod którego kuratelą znajdowały się jednostki wojskowe ze zgrupowania Jaworznicko-Mikołowskiego. Jednostka nasza dostała 2 dni wolnego na uporządkowanie tych spraw oraz poprawę stanu zdrowia. Natomiast młodocianych więźniów stopniowo zwalniano. Odmawiali pracy, gdyż wszyscy mieli otwartą gruźlicę.
 Pewnego razu, zdażyło się,że miałem okazję przeczytać list od kolegi Ślazaka, który zdezerterował. List napisał z Niemiec Zachodnich. Kapitan Karczewski list przeczytał, zmiął go i wrzucił do kosza, a Jacuś list z kosza wyciągnął i dał nam do przeczytania. Ślązak obmyślił madry plan ucieczki. Mundur zawiesił na haku w szatni, a sam przebrał się w cywilne ciuchy i bryknął. Szukali go 2 dni po kopalni, a on już był w Niemczech.
 Prawdę mówiąc, nie lubię wracać pamięcią do tamtych lat, tej trudnej służby, gdzie będąc żołnierzem, byłem traktowany przez ojczyznę jak przestępca.
 Obecnie często spotykam się z Wieśkiem Bauerem, członkiem naszego Związku Represjonowanych Żołnierzy-Górników. Z nim niejednokrotnie wspominamy tamte czasy. Tych kapralików, na czele których stał plutonowy „Fujarecka” (to przezwisko sam sobie wypracował) mówiąc, że bez fujarecki nima łorkiestry. Albo jego wypowiedź na apelu: chłopoki-żołnirze, na zimę dostaniecie krągłe ciepłe copki i ciepłe łodzienie. Takie to kpy nami rządzili. Wykłady polityczno-wychowawcze często odbywały się w lesie. Na komendę: profesory wystąp, któryś z żołnierzy występował i czytał za niego, bo jemu słabo wychodziło. Pamiętam wygłupy kapralików z za-
pałką znalezioną przed namiotem. Krzyk-ot kapral złamał by sobie nogę na belce. Przed namiotem zbiórka. Na rozkaz szliśmy do lasu niosąc tę zapałkę na kocu. Następnie kazano nam na wysokość chłopa wykopać rów i w nim nieszczęsną zapałkę zakopać.
Spaliśmy w namiotach. Było zimno, na placu leżał śnieg, a tu gimnastyka w koszulkach, a potem do kopalni.
 Na terenie kopalni sztygarzy zabierali nas do pracy, tylu ilu na dany dzień potrzebowali. Pierwsza moja praca, to noszenie Berg na dole. Bergi to celowniki o długości ponad 2 metrów, o kształcie beczułkowatym stosowane w chodnikach wentylacyjnych. Bardzo   gniotły w ramię, a niosło się je 200 metrów do szybu. Po paru dniach miałem dość tej pracy. Przydzielono mnie do pracy przy ścianie. Ściana miała wysokość jednego metra, wrąb na długość wiertła 1,8 m. Długość do wybrania węgla była długości 2 rynien, rynna około 2m.
 Praca na kolanach. Przy zakładaniu dynamitu tzw. cykoryjek musieliśmy sztygarowi strzałowemu zaklejać masą glinianą. Praca cholernie ciężka. Nie wszyscy potrafili na czas wszystko wybrać. Musielismy sobie wzajemnie pomagać. Miałem przykry incydent ze szty- garem, który wyzwał mnie od pierunów dlatego, że nie zabudowywałem stempli i nie podbijałem kap pod sztomple, a ja w odwet powiedziałem mu, żeby zamknął śmierdzącą mordę. Miał rację- przed wybieraniem powinno się przed sobą stawiać sztomple. Czekał mnie raport  i kara- byłem zadowony, że sobie posiedzę, a zatem odpadnie praca. Nic z tego: rano normalnie do pracy. Dobrze, że każdego dnia sztygarzy brali do roboty coraz to innych; zapisy i ewidencja nie istniała. Dlatego parę dni byłem beglajterem, parę dni pracowałem na knyflu (guziku pomp), ale górnik na polecenie sztygara mnie stamtąd wypędził. Przenieśli mnie do nadszybia, gdzie obsługiwałem wózki. Tam na dole było gorzej. Po odstrzeleniu węgla na ścianie, przez pół godziny śmierdział dynamit i łykało się pył węglowy. Wentylacja była do kitu. Było strasznie, myslałem, że nie wytrzymam. Kolega z Montelupich powiedział mi, że lepiej miał w więzieniu. I więcej na dół nie pojechał.
 4 grudnia, co prawda przenieśli nas do świeżo wybudowanych baraków, ale latryna (i kran z zimną wodą) była na polu przez całą zimę. Załatwiać się trzeba było na tempo dyktowane przez kaprala. Na kopalni, po pewnej reorganizacji, przeniesiono część żołnierzy do pracy na powierzchni, przy wykopach pod cechownię, do transportu materiałów budowlanych, demontażu starych fundamentów pod maszynę wyciągową, wykopów pod kanalizację i wielu innych robót. Nasza drużyna trafiła do transportu nocnego. Rozładowywaliśmy wagony z piaskiem, cegłą, stemplami, cementem, stalą zbrojeniową. Po kilku miesiącach naszą pracę przejęła jakaś firma. Ja zgadałem się z kolegą Jasiem Urlatą i zostałem na okres 2 miesięcy elektrykiem sieciowym. W nocy, podczas burzy, piorun uderzył w słup. Pękł izolator i przewód pod napięciem opadł na odciąg. Kolega z naszej drużyny niosąc wodę do betoniarki, dotknął odciągu i zginął na miejscu.
 Od tych wydarzeń minęło kilka dziesiątków lat.Koledzy, z którymi pełniłem służbę w Wesołej, w większości nie żyją. Zmarł kolega Cygala, Janaszak, Rychter, Sobczak, Urlata. Pozostała mi tylko garść smutnych wspomnień, gorycz w sercu i żal do ludzi, którzy wówczas rządzili Polską.


                                                                                                     
                                                                                               Władysław Kasprzycki

 Z ogromną satysfakcją zamieszczam na naszym portalu dramatyczne relacje, które niezwykle wzbogacą obraz życia represjonowanych żołnierzy-górników.
Edward Kuc, autor niniejszego materiału, jest bratem Zofii Kucównej, wybitnej aktorki, ex-żony Adama Hanuszkiewicza i wykładowczyni Akademii Aktorskiej w Warszawie.

 Dziunek- tak oto pieszczotliwie zwracała się do Niego najbliższa Rodzinka. Być może już wówczas podążał on myślami tropem swojego ojca oficera. Tymczasem los, który nieoczekiwanie dopadł Edwarda Kuca jako poborowego nie tylko zburzył Jego oficerskie aspiracje, lecz wręcz rzucił w objęcia karnej jednostki wojskowej.
Albowiem takie to były czasy…

Image and video hosting by TinyPic

 Byłem żołnierzem Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Późną jesienią 1952 roku pod opieką „kupca” maszerowała duża grupa poborowych, w większości dwudziestolatków. Mieli za sobą mniej lub bardziej wygodne życie, rodzinne domy, a w kieszeni dowody dojrzałości-maturę. Szli martwymi, spowitymi w ciemności listopadowej nocy ulicami Chorzowa, którego zgrzyt, łoskot i wielobarwne łuny pracujących kopalń i hut dawały złudzenie, że przekracza się progi nie miasta, lecz progi piekła. Przekroczenie bramy kopalni „Prezydent” stało się bolesnym potwierdzeniem, że zstąpili do piekła.
 Stali stłoczeni w ciasną grupę przed wejściem do dużego zbudowanego z czerwonej pruskiej cegły budynku. Brama szeroka, żelazna. Ponad nią na pierwszym piętrze biła żółta łuna światła. Na wezwanie weszli do środka. Wspięli się po wąskich, żelaznych schodach na piętro do dużej kwadratowej sali, której jeden bok stanowiło okno. Na środku sali stół, krzesła, a wzdłuż ścian drewniane ławki. Na nich siedzieli ludzie w mundurach. Kaprale. Z ciekawością i pewną satysfakcją obserwowali przybyłych cywili. W przeciwległym od drzwi kącie znajdował sie prostokątny otwór w żelaznej podłodze, otoczony żelazną barierką. Gorąco! W powietrzu wyczuwało się nadmiar pary wodnej. Gardła gówniarzy ściskał żal za utraconą swobodą i wolnoscią. Grdyki chodziły jak u kaczek. Z tej drętwoty wyrwał ich głos: -Pierwsza dziesiątka schodzi schodami pod podłogę! Byli tak skołowani, że na dźwięk „dziesiątka” stanęło im widmo dziesiątkowania. Jeden z wystraszonych jęknął: -O rany! będą nas dziesiątkować!
 Dziesiątkowali ich pod prysznicem i podczas strzyżenia głowy do gołej skóry. Potem otrzymali mundury. Wydajacy sorty nie przejmowali się takim drobiazgiem, jak wzrost czy tusza. Jeden miał spodnie pod szyją, drugi wciągnięte do połowy bioder, innym ręce chowały się w rękawach. Dostali dziesięć minut na doprowadzenie się do porządku. Usłyszeli:-B-a-c-z-ność! Od tej chwili jesteście żołnierzami! Podlegacie więc dyscyplinie wojskowej. Dla was świętą rzeczą będzie rozkaz. A więc żadnych dyskusji i wiecowania. Po tych słowach sierżant zwrócił sie do stojącego obok plutonowego: -Weźmiecie te pałki golone. Trzymajcie ich w garści, żeby się nie rozleźli jak mendy po brzuchu.
 Powitanie poborowych było skończone. Byliśmy siódmą kompanią. Podzielono nas na plutony. Znalazłem się w pierwszej drużynie czwartego plutonu.

   Image and video hosting by TinyPic 

 Nazywam się Edward Kuc, mam pięćdziesiąt sześć lat, średnie wykształcenie i inwalidztwo II stopnia. W kopalni „Prezydent” przepracowałem 2 lata, zmieniając co kilkanaście godzin żołnierski mundur na drelich górnika i z powrotem drelich górnika na mundur żołnierza. Jestem jednym z tych żołnierzy, którym przyszło nie z własnej woli służyć w wojskowych batalionach pracy w pięćdziesiątych latach. Było wśród nas kilka grup.
 Grupa byłych kryminalistów. Odsiadywali wyroki za rozboje, napady z bronią w ręku i zabójstwa. Byli z różnych przyczyn ułaskawiani przedterminowo i natychmiast wcielani do jednostek wojskowych pracujących w kopalniach. Byli nonszalanccy, pewni siebie, bez hamulców moralnych, działali na zasadzie krótkiej wspaniałomyślności i chęci imponowania, albo ulegając pierwotnej naturze stadnej, która musi komuś, kogo uzna za godnego, ochraniać i służyć mu, aż do uległości włącznie.
 Druga grupa, to więźniowie polityczni. Spokojni, małomówni, podejrzliwi. Na początku z rezerwą i czujną nieufnością. Później brali udział we wszystkich żołnierskich eskapadach, ale na zasadzie pewnej wyższego rzędu odrębności. Bardzo dobrzy koledzy, przyjaźni dla wszystkich.
 Byli też więźniowie, o których się mówiło, że siedzieli z workiem na plecach. Różni- od szui do szczerych kumpli. Siedzieli za drobne złodziejstwa, oszustwa, wybryki chuligańskie. Wyroki mieli niezbyt wysokie, nie szokowali więc nikogo.
 I grupa czwarta, do której ja należałem. Przyszliśmy tu nie jak tamci z więzień, lecz ze świata ludzi wolnych, prosto z rodzinnych domów, z ław szkolnych, sportowych boisk. Synowie byłych profesorów wyrzuconych z uczelni, synowie byłych wojskowych sanacyjnych, synowie AK-owców, synowie inżynierów pracujących przed wojną w lotnictwie na przykład lub innych „podejrzanych” miejscach. Nie naraziliśmy się niczym. Wielu z nas działało w praworządnych organizacjach politycznych. A jednak byliśmy politycznie niepewni.
Dlaczego byłem niepewny? Ponieważ mój ojciec był zawodowym wojskowym sanacyjnym. Ponieważ aż do wybuchu II wojny, był etatowym wykładowcą w szkole podchorążych piechoty. Ponieważ od pierwszego dnia wojny w składzie 51. DP, brał udział w ciężkiej bitwie pod Różanem, a zakończył ją w ostatni dzień w ciężkiej bitwie pod Kockiem. Ponieważ cudem udało mu się wyrwać z niewoli, co jest niejako regulaminowym obowiązkiem każdego żołnierza. Ponieważ przez lata okupacji był nadal zołnierzem AK i wreszcie w wolnej Polsce więźniem. Majac takiego ojca nie miałem żadnych praw ani do złożenia egzaminu na Akademię Górniczo-Hutniczą w Krakowie, ani studiowania  w Szkole Oficerskiej, do której zgłosiłem akces, ani jako szeregowy z poboru w normalnej jednostce wojskowej. Mając takiego ojca, mogłem być przeznaczony tylko: -Do jednostki specjalnej!!! -co zostało mi zakomunikowane w Sieradzu, po złożonym egzaminie do Szkoły Oficerskiej, przez grubego majora, kiedy naiwny zwierzyłem mu się, że chciałbym służyć w łączności. Do tej pory pamiętam szyderczy rechot całej komisji.

   Image and video hosting by TinyPic

 Pracujemy na ścianie 302/3. Ściana to długi do osiemdziesięciu sześciu metrów pionowy pokład węgla, ograniczony z jednej strony chodnikiem transportowym, po którym na kilku transporterach taśmowych ustawionych jeden za drugim płynie węgiel ze ściany do wózków. Wzdłuż ściany biegnie też transporter opancerzony, zwany potocznie bajanem, ze zgrzebłami na grubych łańcuchach. Na ten bajan brygada ścianowa łopatami ładuje węgiel, a ten z kolei przesuwa go na taśmy transportowe. Odległość do wózków liczy setki metrów. Po drugiej stronie ściany biegnie chodnik wentylacyjny. Służy równiez do transportu drewna i żelaznych elementów obudowy. Obudowa składa się z trzymetrowych szyn i stempli (stojaków) stalowych. Jedynie na krańcach ściany stosuje się obudowę z drewna. Każda szyna waży około czterdziestu kilogramów, tyle co i stempel. Po wybraniu węgla trzeba nimi zabezpieczyć strop przed zawaleniem. Jest to cholernie trudne. W naszym przypadku ściana, czyli pokład węgla jest bardzo niska. Wysokością niewiele przewyższa wysokość krzesła z oparciem. Człowiek średniego wzrostu, klęcząc i wspierając się pośladkami o pięty, ma duże trudności z utrzymaniem pozycji pionowej. Dla takich jak ja, liczących sto osiemdziesiąt dwa centymetry wzrostu, jest to poprostu gehenna. Pracujemy tylko na kolanach, na które nakładamy ochraniacze z filcu i skóry. Kolana mamy twarde jak deska. Skóra na nich przypomina skórę na stopach, które chodzą boso. Na każdego z nas przypada do wybrania łopatą około dwunastu ton węgla.
 Trzydziestu młodych chłopców z krótkimi łopatami, w kłębach węgielnego pyłu, niemal w ciemnościach, w zgrzycie i łoskocie przesuwającego piramidy węgla przenośnika, tworzy scenerię nie z tego świata. To, dla nieoswojonych i bardziej wrażliwych nowych przybyszów, jest zawsze potwornym wstrząsem. My żyjemy w tym już wiele miesięcy i nikt się nad nikim i nad niczym nie roztkliwia. Nie oczekujemy zmian, nawet w najbliższej przyszłości. Jestesmy zobojętniali i zrezygnowani. Bez jednego odruchu sprzeciwu włazimy na ścianę. Gramolimy się jak żuki po zwałach odstrzelonego węgla i kamieni wzdłuż krawędzi zawału. Czołgamy się na kolanach i łokciach między stalowymi stemplami, by zająć swoje stanowisko pracy. Musimy jeszcze ciągnąć ze soba łopatę, pyrlik i kilof, pamiętajac o trzymanej karbidówce, by nie zgasła. Przesuwając się, walimy ciągle głowami o szyny pod stropem i podtrzymujące je stojaki stalowe. Gdyby nie hełmy, głowy nasze byłyby krwawą masą. Czekamy na uruchomienie transportu. A tansport, to kilka szerokich i długich na sto metrów taśm gumowych, obracających się jedna za drugą. To bunkier ze ślimakiem takim, jak ma w środku maszynka do mielenia mięsa. Nim w dół sypie się węgiel do podstawowych dwutonowych wózków. Bunkier wysoki na sto metrów. Wzdłuż niego, w pionie, dziesięć stalowych drabin, każda długa na dziesięć metrów. Stoją jedna nad drugą od półki do półki, w ciasnym, mokrym, pełnym wilgotnego tunelu pyłu. Za każdym razem musimy pokonać tę wysokość, pnąc się mozolnie jeden za drugim, karbidówką wiszącą na kciuku jednej ręki. Musimy bowiem dostać się na oddział. Ale naszą golgotą jest zejście. Gdy po kilkunastu godzinach przebywania w pozycji klęczacej wracamy zmęczeni, osłabli z głodu i pragnienia, nasza świadomość jest niepełna i mocno ograniczona. Skutki tego aż nadto widoczne są w naszej drodze powrotnej. Jeden za drugim, trzydziestu chłopa schodzi po prętach stalowych w dół. Ciemność niemal idealna. Spadający bowiem pył węglowy, zwany marasem gasi karbidówki. Ręce i nogi poruszają się na wyczucie. Słychać tylko sapanie i bolesne westchnienia z utrudzonych płuc. Rozlega się również wrzask wściekłości i bólu. To następca z góry, nie widząc nic w ciemnościach nadepnął przypadkowo na zaciśnięte wokół pręta palce poprzednika. Często, gdy noga obsunie się na mokrym szczeblu, osłabła ręka nie może utrzymać ciężaru zwisającego ciała. Wali się więc facet na dół, póki nie uchwycą go, również utrudzone ręce kolegów. I trwa ten jakby z piekła rodem, pochód nędzy i śmiertelnego zmęczenia. Osiągamy w końcu rzęsiście oświetlony chodnik, po którym kursują pociągi z węglem i gdzie znajduje się wysyp naszego bunkra. Tym chodnikiem wleczemy się półmartwi, bezmyślni, ale wyczuleni zwierzęcym instynktem na grożące nam wokół niebezpieczeństwa. Pędzace pociągi z weglem co kilka minut mijają nas w odległości nie większej niż trzydzieści centymetrów. By odsunąć się, miejsca nie mamy. Sekunda nieuwagi zmęczonego ciała i miazga z człowieka. Widziałem raz takie zdarzenie. A mimo to nie zatrzymujemy się w marszu. Gwałtowność z jaką organizm domaga się odpoczynku, dotąd jest nie znana. Niszczy nawet strach przed śmiercią. Jesteśmy opanowani jedną rządzą, byle prędzej, byle prędzej, byle prędzej…

   Image and video hosting by TinyPic

 Wgryzamy się w ciemną i wrogą scianę odstrzelonego węgla. Najpierw trzeba wybrać małą dziurkę, wejść w nią, by lepiej zgarniać
na zgrzebła transportera. Ten porcjami wyrzuci węgiel na pędzącą taśmę. I tak z taśmy na taśmę poprzez bunkier, trafi do wózka.
Wokół mnie coraz więcej miejsca. Ramiona coraz szybciej, rytmiczniej machają łopatą. Goły tors, jeszcze suchy, zaczyna wilgotnieć.
Pot lekką mgiełką unosi się nad nim, coraz szybciej barwiąc go na czarno. Naszych twarzy nie widać. Czarne maski, w których błyszczy biel gałek ocznych. Usta szeroko otwarte. Oddech coraz krótszy. Serce łomocze. Ciemne plamy przed oczami. Wytrzymać. Nie poddać się. To minie. Musi minąć. Zawsze mijało. I rzeczywiście. Przychodzi moment, że rozklekotany organizm uspokaja się. Łapiemy drugi oddech. Czujemy się jak maszyny, które równym rytmem, twardo wsparte na kolanach, wykonują wahadłowe ruchy, z równoczesnym wyrzutem ramion uzbrojonych w łopaty. Wyścig z czasem i węglem trwa. Im szybciej zniknie, tym dłużej, na górze, cieszyć będziemy się słońcem.

 Usłyszałem grzmot. Nieludzki. Sypnęło czarnym pyłem. Rozległy zawał zamknął nas, jak w klatce, odcinając nie tylko drogę powrotną ale i dopływ swieżego powietrza. Cywile doświadczeni ludzie, kazali wszystkim przesunąć się pod sam zawał. Było tu jeszcze wiele dobrego powietrza. Zawał przedstawiał straszny widok. Potężne zwały kamienia oderwane od stropu wypełniały całą szerokość chodnika. Obudowa z bali drewnianych była połamana, jak kruche zapałki. Pod stropem ziała straszliwie postrzępiona wyrwa wypełniona gruzem skalnym. Szybkość ratunku uzależniona była od długości zawału. Im krótszy, tym prędzej przedrą się ratownicy. By oszszędzić tlen,zarządzono wygaszenie karbidówek. Pozostała jedna ledwie się tląca. Konieczny całkowity bezruch ciała. Nawet prowadzenie rozmów zostało zakazane…Coraz trudniej oddychać. Powietrze układało się mglistymi, błękitnymi warstwami. Stary cywil uspakajał kogoś:-cicho synek,cicho. Jeszcze dzisiaj pójdziem do dom. Usłyszałem szloch i skowyt. Jakby pies skuczał. Potem coraz głośniejszy bełkot. Zaczynała się histeria. Udzielała się wszystkim. Ludzie rzęzili coś, charczeli niezrozumiałe słowa. -Zawrzyj jeden z drugim gębę, ciulu, bo ci do rzyci nakopia! -krzyczeli górnicy-cywile. Usłaszałem jeszsze smarknięcie, krótki chlip gila w nosie i zaległa cisza. Tylko się nie ruszać. Każdy ruch to zabranie porcji tlenu. Próbowałem zmusić się do powolnego, regularnego oddychania. Obręcze na piersiach puściły, dławienie w gardle zmalało. Całą siłą opanowałem się. Dręczył mnie strach. Strach, jakiego jeszcze nie znałem. Gówno! Co za przeklęte gówno! Dlaczego ja? Dlaczego właśnie ja? Zacząłem w kółko powtarzać w myślach:
Jestem nieśmiertelny. Nic złego mi się nie stanie. Jestem nieśmiertelny, nieśmiertelny jestem. Jestem nieśmiertelny. Ktoś się poruszył. Wybił mnie z transu. Popatrzyłem na moich towarzyszy. Domyślałem się raczej ich kształtów. Siedzieli w ciemności z głowami nisko opadłymi. Większość leżała. Wyglądali jak miękkie manekiny. Nie widać było w nich ni życia ni ruchu.
…Usłyszeliśmy dalekie odgłosy uderzeń kilofa i przesuwanych kamieni. Zbliżał się ratunek. Odgłosy pracujących ratowników coraz wyraźniejsze, choć ciągle jeszcze dalekie. Teraz zaczęło sie nam śpieszyć. Czy zdążą, czy nic im nie stanie na przeszkodzie? Znowu zaczęło się we mnie wszystko krecić.  Chciałem stąd uciekać, zaraz, natychmiast, w tej chwili. Nie chciałem umierać. W tętnicy szyjnej czułem serce. W głowie huczało. Oddech był szybki, świszczący. Czekałem. Nagle u szczytu zawału rumor. Wysunęła sie rurka, z której silnym podmuchem zasyczało powietrze. Zaczęlismy oddychać. Zaczęliśmy żyć. Minęła dziewiąta godzina odcięcia od świata. Wyczołgaliśmy się pod szczytem zawału, ocierając się plecami o wiszące głazy piaskowca, na drugą stronę. Na wyścigi,jeden przez drugiego z kłującym bólem w płucach, z oślepłymi oczami, jeden przez drugiego wiał od tego grobu ku życiu.
 Zaczęliśmy się pocieszać, że nie jest jeszcze tak źle. W porównaniu z innymi kopalniami nasza miała dość wysoki czynnik bezpieczeństwa. Nie było gazu.W roku 1954 w kopalni „Barbara-Wyzwolenie” od wybuchu gazu zginęło osiemdziesięciu górników. Większość stanowili zatrudnieni tam więźniowie. Widziałem ich w otwartych trumnach, ustawionych z wojskowym drylem w szeregach, w auli Domu Górnika w Chorzowie. Nie obchodziło mnie kim byli za życia. Żegnałem kumpli. Wstrząsający widok, którego długo nie mogłem wymazać z pamięci.
 U nas wypadki były przede wszystkim spowodowane pękaniem i obsypywaniem się skał stropowych. W okresie dwuletniej służby mieliśmy kilkanaście ofiar śmiertelnych, w tym sześciu żołnierzy z mojego rocznika. W innych kopalniach straty dochodziły do trzydziestu żołnierzy.

   Image and video hosting by TinyPic

 Janek. Warszawiak z Bródna. Średniego wzrostu, zgrabny chłopak, przystojny. A nawet ładny, bo figiel w oczach, z jakim patrzył na świat, dodawał mu wdzięku nieomal dziewczyńskiego. Uprawiał sposób bycia typowy dla warszawskich cwaniaków. Nie straszne mu były ni burze, ni wichury. Lubiliśmy się. Żyliśmy obok siebie wiele miesięcy, razem pracowaliśmy, jedlismy z jednej miski. No! Prycza w pryczę. Pamietam jego matkę. Kilkakrotnie przyjeżdżała odwiedzić syna. Tęga, dobrze po pięćdziesiątce, z ubioru i sposobu bycia typowa właścicielka straganu z kwiatami i zniczami sprzed bramy cmentarza bródnowskiego.
 Nieszczęście przyszło tuż przed zakończeniem robót na ścianie. Węgiel wybrany, ale strzałowy usunął jeszcze ładunkiem wybuchowym wiszący na stropie garb węglowy. Schroniliśmy się więc przed odłamkami na chodniku, beztrosko gawędząc i paląc papierosy. Po wydmuchaniu przez wentylatory dymu, czadu i pyłu węglowego, Janek ruszył pierwszy na swoje stanowisko. Z daleka migotał nikły płomień karbidówki, który oświetlał sunącą na kolanach i rękach jego sylwetkę. Był to ostatni wizerunek Janka, jaki pozostał nam w pamięci. Usłyszeliśmy tąpnięcie, krótkotrwały dźwięk ocierania się kamienia o kamień i łomot spadajacego ciężaru. Światło wraz z sylwetką kolegi zniknęło nam z oczu. W tym miejscu leżał potężny klin piaskowca, a nad nim, zachowując jego kształt, ziała straszna dziura w caliźnie stropu. I nic więcej. Zgroza jak nas opanowała, była paraliżująca. Nikt nie drgnął ani słowem nie odezwał się. Czułem w mózgu chodzące mrówki. Dopiero krzyk serdecznego kolegi Janka wyrwał nas z letargu.
 Chłopak dostał szału. Walił pyrlikiem w leżący głaz, ochrypłym głosem wzywał jego imię, miotał się bezsilnie w czarnym węglowym kurzu. Świadomość, że ciało kolegi, z którym minutę temu rozmawialiśmy, leży zmiażdżone na krwawą miazgę, była nie do zniesienia. Płakaliśmy. Łez,ktore lały się z oczu, rozmazując na policzkach roztopiony pył węglowy, nikt się nie wstydził.
 Nadbiegli sztygarzy, siłą usunęli nas ze ściany i wysłali pod szyb. Wezwani ratownicy skończyli roboty na ścianie i przez całą dobę usuwali głaz,by spod niego wydobyć szczątki naszego Janka.

 Moja ostatnia szychta na ścianie. Ostatnie wezwanie na telefon. Pracujemy jak w pierszych dniach z wielką uwagą, ostrożnie, bardzo dokładnie. Chcemy przeżyć i cali wrócić do domu. Ale jak zawsze pracę zakłóca nam transport. Awaria nie wiadomo jak długo potrwa.
Wykorzystuję ten czas,żeby pożegnac się z kopalnią. Chcę zostać z nią sam na sam.Urządzam z kilku na ukos położonych okorków o metrowej długości w miarę wygodne, ale cholernie twarde posłanie. Jak pies obracam się i kręcę, wyszukując na nim najwygodniejszej pozycji. Układam się jak embrion, przykryty bluzą pod którą chowam całą niemal twarz. Jestem sam. Nikt mi nie przeszkadza. A więc za kilka godzin skończy się to. Nigdy więcej już tu nie wrócę. Rozjedziemy się wszyscy w różne strony Polski. Rozpadniemy się na dzielące nas różnice moralne, etyczne, społeczne. Każdy z nas powróci do siebie sprzed dwóch lat. O ile inny? O ile bogatszy lub zubożony.
 Wszystko już za mną. Nawet mi żal niektórych kumpli, że już nigdy nie zagwarzymy, nie popalimy jednego papierosa, nie wspomożemy słowem i uczynkiem. Broniliśmy sie wspólnie przed załamaniem i rezygnacją, przed upokorzeniami i cierpieniami. Nasza młodość była naszym największym sprzymierzeńcem. Młodzieńcza fantazja, nawet brawura, która w najgorszych chwilach rzucona przez jednego z nas jak koło ratunkowe w zdechłe zwątpienie, umiała wydrzeć i radość, i śmiech i optymizm. Ta błogosławiona, głupia, odurzajaca młodość, która w najmniej oczekiwanych momentach wprawiała nas w szczęście. Nawet wtedy, gdy brodziliśmy w wodzie po kolana na tzw. przodku, aby ufedrować kilka tysięcy ton węgla dla ukochanej ludowej ojczyzny. Gdy marząc o kotlecie schabowym, wtrajaliśmy nasz powszedni „beton”, niecedzony makaron utłuczony z białym serem, którgo nie można było
przełknąć, nie popiwszy dwoma litrami kawy. Gdy zmieszani w jedną posłuszną masę roboczą traciliśmy swoja tożsamość. Gdy w kieracie roboczym gubił się sens życia, gubiły sie hierarchie wszelkiej wartości i miar. Nawet wtedy bywało, że rżeliśmy śmiechem jak konie na łące zielonej. Z byle czego. Przeciwko wszystkiemu.
 Chciano nas „inteligenciaków” upokorzyć, wytytłać w brudzie i występku. Nie przewidzieli jednego. Że i w takich warunkach rodzi się nowy kodeks moralny. Tworzy go wspólna praca, niebezpieczeństwo, niewygody, nieszczęścia, a przede wszystkim chęć przetrwania. Przestaliśmy się dzielić na przestępców i nieprzestępców. Tworzyliśmy organizm, który musiał przetrwać. Każdą pracę można pokochać. Nawet tę najcięższą i najbardziej nieludzką,jeśli jest wykonywana dobrowolnie, jak dobrowolna jest praca górników-cywilów. Oni kochają swoją „grubę”. Ale pracy pod groźbą knuta i aresztu pokochać nie można.

   Image and video hosting by TinyPic

                                                                                                                            Edward Kuc


  • RSS