Image and video hosting by TinyPic
Szerokie spectrum przeciwskazań mimo stymulatywnej zachęty ze strony mojego przyjaciela współniedoli Tadeusza Bieńkowskiego sprawiało,         iż z dużym oporem podjąłem próbę odtworzenia wydarzeń związanych      z odbywaniem wojskowej służby. Źródło owego oporu znajduje się             w warstwie skrajnie sprzecznych ze sobą faktów uwikłanych w semantycznej strukturze pojęciowej: wojsko. W epoce PRL-u Wojskowa Komisja Rekrutacyjna, w myśl odgórnych dyrektyw, postanowiła potencjalnym rekrutom wymierzyć taką oto perspektywę: miast bowiem honorowego i zaszczytnego obowiązku wobec ojczyzny jak to drzewiej bywało- służba wojskowa została zamieniona na upokarzający bolesny los i trud ciężkiej- w tym również niebezpiecznej pracy- w kopalni. Władze polityczne powojennego systemu ustrojowego w naszym kraju, zgodnie      z doktrynerską ideologią, wychodziły z założenia, iż synom wywodzącym się z sanacyjnych rodzin elitarnych należy „dać taką szkołę”, która ich niejako przysposobi do odpowiedniego funkcjonowania w nowej socjalistycznej rzeczywistości. Gwoli uściślenia kryterium, które przyświecało czynnikom politycznym, w typowaniu owych młodych poborowych do Jednostek Wojskowych (dziś juz można je adekwatnie określić)- Karnych, to nade wszystko fakt, iż ich ojcami byli sanacyjni profesorowie, oficerowie, policjanci, lekarze, a także właściciele wielkich dóbr ziemskich i materialnych posiadłości. Niekiedy aby trafić do danych jednostek wojskowych, wystarczyło być synem „kułaka”. Tym mianem bowiem kategoryzowano rolników, których nie objęła nacjonalizacja i w ich dyspozycji pozostawały relatywnie na tyle pokaźne gospodarstwa (25 ha), iż byli oni traktowani jako kułacy. I z tego właśnie tytułu też trafiali do rzeczonej służby.
Image and video hosting by TinyPic
Moje powołanie do wojska otrzymałem w okresie, gdy byłem zatrudniony w Towarzystwie Wiedzy Powszechnej w charakterze recytatora i piosenkarza. Był to Zespół Żywego Słowa, pełniący w głównej mierze misję propagatora indoktrynerskich programów artystycznych na rzecz wczasowiczów, przebywających w ośrodkach wczasowych i niezwykle żądnych rozrywki. Toteż trudno się dziwić, iż do komisji rekrutacyjnej  zgłosiłem się jedynie wyposażony w symboliczny ręcznik, mydło i szczoteczkę do zębów. Przy czym najistotniejszym atrybutem w moim posiadaniu była: mocno uargumentowana politycznie reklamacja. Gdy przedstawiłem ją wojskowej komisji, uslyszałem następujące słowa: „w wojsku artyści są również potrzebni”. I takim oto sposobem prysnął mit o „bezwzględnie efektywnej reklamacji”- tak bowiem zdefiniowali ją w pracy moi zwierzchnicy przeświadczeni o jej skuteczności. A zatem zaistniałe zdarzenia były dla mnie druzgoczące. A jeszcze nie miałem świadomości kolejnych „niespodzianek”. W tym stanie rzeczy jedynym dla mnie pewnikiem było to, iż od służby wojskowej nie ma odwrotu i że jeszcze w tym samym dniu czeka nas transport w nieznanym kierunku. Ponad godzinna jazda pociągiem w kierunku Śląska i pojawiający się na horyzoncie pejzaż górniczych kopalni już częściowo sugerował charakter „zaszczytnej służby”. Po wyjściu z pociągu tę świadomość ugruntowała zbiórka poborowych, na wyznaczonym placu, w miejscowości Wesoła i towarzyszący opodal widok kopalnianych obiektów. Po lapidarnym powitaniu nas przez dowódcę jednostki, szarżę nad nami przejęli kaprale. To sprawiło, iż w naszych szeregach nastąpiła błyskawiczna metamorfoza:- z poborowych na rekrutów. Po uformowaniu drużyn niezwłocznie rozległy się pierwsze rozkazy: „padnij!-powstań!padnij!-powstań!”. Ów wielokrotny motyw był tak szybko wykrzykiwany, iż nie sposób było zdążyć z jego realizacją. Po czym dla częściowej odmiany padł nieco zmodyfikowany rozkaz: „samolot kryj się, bo cie ziemia pokryje!” I tu gwoli dopełnienia frazy poleciała ostra wiązanka nieparlamentarnych słów. Po chwili znów wrzaskliwie zadźwięczała w uszach kolejna komenda: „w lewo bieg! padnij, powstań! w prawo bieg! padnij, powstań!”. Multiplikowane o prymitywnej treści konstrukcje słownych poleceń i bezwzględne egzekwowanie, w konsekwencji doprowadziły nas niemal do utraty tchu. A u jednego spośród chłopaków wywołały wręcz epilepsyjny atak.
Image and video hosting by TinyPic

Z góry usankcjonowane i wymierzone w nas na wskroś represyjne elementy musztry, będące niejako inauguracją naszej wojskowej służby, stanowiły fundamentalną sekwencję, mającą wypełnić dwutygodniowy okres rekrucki. A gdy dodamy do tego naddyscyplinujące pełne histerycznego wrzasku rozkazy,naszpikowane wiązankami wulgaryzmów, wówczas świadomość dalszego funkcjonowania w tej tak ekstremalnej sytuacji- eufemistycznie ujmując- rysowało przed nami mroczną perspektywę. Tak pojęte przysposobienie żołnierskiej dyspozycji i bojowej gotowości mogły jedynie umocnić w naszych wyobrażeniach przeświadczenie, iż nie umiejętność ładowania naboju do zamka karabinu i trafianie w dziesiątkę, lecz- węgla na kopalniany wózek, stanie się dla nas priorytetowym zadaniem.
Trudno zatem dziwic się, iż w obliczu nieciekawie zapowiadającej się wizji jutra, poczęlismy dobitnie odczuwać, jak obezwładnia nas bezsilność i psychiczna destrukcja. W tym kontekście zaświtała nam jednak nadzieja, iż być może etap pracy w kopalni będzie dla nas korzystniejszym wariantem służby, a jednocześnie- o szczęśliwy losie!- w tej niezwykle trudnej fazie nasyconej morderczymi ćwiczeniami, pojawiło się pobłyskujące w tunelu światełko związane z czynnościami, do których mozna było zgłaszać swój akces- zależnie od indywidualnych predyspozycji. W szerokim wachlarzu różnego typu aktywności, mnie przypadło w udziale przygotowanie programu artystycznego. Albowiem akt przysięgi zamykającej okres rekrucki m.in. wymagał artystycznych imprez.
Image and video hosting by TinyPic
Próba stworzenia co  najmniej dwugłosowego chóru, w tak krótkim czasie wymagała częstych prób. A to miało dla nas wręcz zbawienne znaczenie: zminimalizowanie udzału w „manewrach”- z jednej strony. Z drugiej- odreagowanie psychicznych napięć. Ów szczęśliwy zbieg okoliczności miał znacznie szerszy wymiar. Otóż w imię wzbogacenia imprezy, na polecenie dowódcy jednostki, pojechałem po moją dziewczynę (tancerkę), która miała stanowić clou programowej oferty. Toteż nie było zaskoczenia, gdy po występach usłyszeliśmy z ust zwierzchników, iż nasza kompania zaprezentowała najlepszy program i z tego tytułu zespół otrzymał miano reprezentacyjnej formacji artystycznej. Poziom wykonawczy chórzystów, partie solowe, akompaniament akordeonowy i nie banalna konferansjerka stanowiły o dużej atrakcyjności występu, co niewątpliwie przyczyniło wykonawcom premiujące atuty. Nasze produkcje artystyczne serwowaliśmy zarówno naszym jak i innym żołnierzom. Szczególnie często i chętnie występowaliśmy na rzecz publiczności cywilnej. A to przekładało się na różne formy wyróżnień: częste przepustki, łaskawsze traktowanie przez zwierzchników. Acz gwoli ścisłości nie wszystkim uczestnikom zespołu udzielono prerogatywy, w postaci pracy na powierzchni kopalni. Ale i za to chciało się rzec: Bogu dzięki! W tej sytuacji, na ów stan rzeczy można było przystać- zważywszy fakt towarzyszącego nam kontekstu lata. Zgoła odmiennie kształtowało się nasze położenie, gdy nadeszła jesień, a wraz z nią dotkliwe spadki nocnych temperatur. Od zarania naszej służby- paradoksalnie- nasze namioty służyły nam jako kwatera. Faktyczne obiekty zakwaterowania bowiem znajdowały się dopiero w fazie budowy. Toteż podczas szczególnie chłodnych nocy sen zastępowały próby wzmagania się z ich dotkliwymi skutkami. Polegały one na zakładaniu- przed czujnym okiem oficera służbowego- munduru. A w przypadku kontroli, w stosownym momencie, należało z niego szybko wyskakiwać. Znana supozycja z tego wynikała w sposób jednoznaczny: sporadycznie pojawiające się jaskółki nigdy nie czyniły wiosny w pełni. Takie wojskowe jednostki jak nasza, charakteryzowały się dbałością o zachowanie względnie wyrównanych proporcji w zakresie warunków bytu. Czynniki pozytywne nie mogły wywoływać poczucia nadmiernego zadowolenia, albowiem naruszyłyby system represywnego kształtowania postaw asymilujących się w nowej rzeczywistości. Konstrukcja cyklu dnia była głównie oparta na pracy w kopalni, wysłuchiwaniu pseudowykładów natury politycznej, zabarwionych rusopochodną frazeologią, wygłaszanych przez politruka i niekiedy przeplatana quasi wojskową musztrą. Swoistą okrasą programu dnia z całą pewnością stanowiły posiłki. Szczytem zaś przyjemnej rozrywki i odreagowującego relaksu był udział w próbach artystycznego zespołu. I takim oto rytmem dnia upływała jesienna pora i coraz bardziej doskwierające noce. Wprawdzie ową dokuczliwość przerwała przeprowadzka z namiotów do nowowybudowanych koszar,ale z kolei zapoczątkowała dla zdrowia szkodliwość surowych murów. Toteż skutki owej szkodliwości dopadły mnie bardzo szybko. W konskwencji więc wylądowałem w Wojskowym Szpitalu w Krakowie. Przy czym sytuacja ta przywołuje znaną maksymę: ” nie ma tego złego” etc.. albowiem pobyt w Krakowie okazał się być dla mnie nadzwyczaj obiecujący. Otóż gdy zgłosiłem się do Wojskowego Zespołu Pieśni i Tańca, aby zademonstrować swoje umiejętności wokalne- ku mojemu zaskoczeniu-zostałem zakwalifikowany do zespołu. A zatem- co było dla mnie najistotniejsze- niejako wyzwolony od pracy w kopalni. Muszę jednak otwarcie wyznać, iż nie obyło się bez tzw. moralnego kaca. Ja znalazłem się w nowej, dla mnie szczęśliwej sytuacji. Podczas gdy moi koledzy skazani zostali na dotkliwe wzmagania z przeciwnościami losu. Z tego tytułu, iż ich wojskowa służba została przedłużona, trwała pełne trzy lata. Nie sądzę, aby dla moich kolegów pocieszającą okolicznością był fakt, że ta dla mnie zbawcza sytuacja w ZPiT była jedynie epizodem. W momencie, gdy w ślad za rozkazem przeniesienia do nowej formacji, trafiły też moje personalia, to niemal automatycznie relacje mojego zwierzchnika i zarazem kierownika zespołu, w stosunku do mnie uległy radykalnej zmianie, co skutkowało świadomością, iż mój udział w zespole dobiegł końca. Co prawda pobyt w zespole, udział w koncertach był dla mnie niemal błogostanem. Ale rozstanie się z nim nie traktowałem w kategoriach dramatu. Zostałem skierowany do Wojskowej Jednostki Budowlanej, która stacjonowała w Zakopanem. A jej głównym zadaniem była budowa sanatorium, jako obiektu przeznaczonego dla wojskowych służb. Moje nowe usytuowanie w dużym stopniu łagodziło zaznaną konsternację. Wprawdzie znów trzeba było zakasać rękawy i podjąć niezwykle ciężką pracę, polegającą m.in. na dźwiganiu pod górę 50 kg worków cementu i podwożenie na taczkach na niebagatelną górkę, równie ciężkich cegieł. Ów wyselekcjonowany przykład wykonywanych prac był jedynie namiastką całej serii innego rodzaju czynności, wchodzących w zakres budowy ogromnego obiektu, a jednocześnie wymagały one niebagatelnego wysiłku.
Image and video hosting by TinyPic 
Podobnie jak w kopalni, wyczerpującą pracę kompensował nam udział w imprezach artystycznych- szczęśliwym zbiegiem okoliczności -mitręgę budowlaną w Zakopanem neutralizowała przeciwwaga w postaci szeregu nobilitatywnych występów, niekiedy mających znaczącą rangę- czynnik odczuwalnie podnoszący morale i ducha nadziei. Szczególnie w kontekście odbieranych (na jednym z koncertów) gratulacji od Andrzeja Trzaskowskiego, który w niedalekiej perspektywie okazał się być gigantem muzyki jazzowej.
W toku odbywania owej „zaszczytnej” służby wojskowej, nabywałem różne umiejętności, z różnym skutkiem. Przy czym specjalność zawodowa jaka przypadła mi w udziale, w finalnym okresie służby, przeszła moje najśmielsze wyobrażenia. W warsztacie szewskim wakowało miejsce przeznaczone dla żołnierza, którego obowiązkiem było łączenie dwóch funkcji: rozliczeniowca przydzielonego materiału i pomocnika mistrza. A zatem skoro wyznaczono mi tę funkcję, to muszę wyznać, iż z ogromną nieśmiałością i wręcz zażenowaniem podejmowałem czynności związane z naprawą obuwia. No cóż, rozkaz nie stwarzał wyboru. I oto pewnego dnia tak się złożyło, iż do warsztatu przybył dowódca jednostki, celem przybicia do obcasów jego butów z cholewami, blaszek. Zgodnie ze swoim przeznaczeniem począłem, drżącymi rękoma nieporadnie przybijać blaszki: -cudem udało się! Niemniej nie obyło się bez komentarza ze strony Dowódcy: „myślę, że lepiej sobie radzicie śpiewając”. Toteż zgodnie z tą diagnozą, po powrocie do cywila, przystąpiłem do doskonalenia swojego warsztatu ale wokalnego.

Image and video hosting by TinyPic

Stanisław Florek