Moje wspomnienia poświęcam opisaniu warunków w jakich pełnili służbę żołnierze-górnicy Z.S.W.14 wojskowego Batalionu Górniczego mp Wesoła. Nie wyczerpuje ono tematu, ale w dużym stopniu poszerza wiedzę o tym, jak dalece realia tej służby odbiegały od żołnierskiej legendy.
 29 maja 1950 roku rocznik 1930 został powołany do wojska. Pobór przeprowadzono w wybranych miejscowościach przez W.K.R-y Mazowsza, Wielkopolski, Śląska i Krakowa. Poborowych nie informowano dokąd kieruje ich MON i jaka czeka na nich żołnierska przygoda. Po przybyciu na miejsce postoju okazało się, że koszar nie ma, a będą wtedy, kiedy je sobie wybudujemy. Zamieszkaliśmy w namiotach. Wkrótce , co prawda, rozpoczęliśmy budowę koszar. Trwała ona przez całe lato i jesień, do początku zimy. Dały się więc nam porządnie we znaki jesienne wichury i wczesne przymrozki. Przemarznięte i zesztywniałe od mrozu prześcieradła i koce ziembiły, a nie grzały nasze ciała do tego stopnia, że mniej odporni żołnierze kładli się spać w mundurach. Wieść o tym rychło dotarła do dowództwa. Zaczęły się nocne inspekcje, w wyniku których sypały się na żołnierzy regulaminowe kary. Po pośpiesznym przeszkoleniu 17 czerwca złożyliśmy przysięgę wojskową. Nawet jedzenie w tym dniu było trochę lepsze. Kompanie poszły spać w miarę syte i zadowolone. Następnego dnia dowództwo oświadczyło brutalnie, że nie przyszliśmy tu darmo żreć, ale pracować. Oczy, zawiedzione w swoich żołnierskich aspiracjach, synów narodu polskiego, oglądały codziennie wznoszące się na nieodległym horyzoncie kopalniane szyby. Przekazywano sobie ich nazwy: Wesoła, Ziemowit, Piast, Murcki. Ze szczególnym naciskiem dowództwo wymieniało kopalnię Wesoła, podkreślając przy tym, że to właśnie nam przypadł zaszczyt pracowania na tej kopalni. -Dlaczego zaszczyt?-pytaliśmy. Ano, dlatego-brzmiała odpowiedż- że jest to pierwsza socjalistyczna kopalnia w Polsce. To znaczy wybudowana od podstaw w PRLu. Milczeliśmy. Naszym zdaniem zaszczyt to był niewielki. W dodatku „Wesoła”. Co za absurdalna nazwa. Nie było nam do śmiechu. Rozkaz, to rozkaz, wiadomo wojsko, ale w tym przypadku przymus był oczywisty.
Image and video hosting by TinyPic„ 
 Z batalionu wyodrębniono kompanię drugą i skierowano ją do prac budowlanych przy budowie koszar, łażni, cechowni i innych budynków współtowarzyszących kopalni. Pozostałe dwie kompanie do robót łażni i innych budynków współtowarzyszących kopalni. Pozostałe dwie kompanie do robót na „dole”, bezpośrednio związanych z wydobywaniem węgla kamiennego.Obsługiwanie szybu, maszyn kopalnianych, wózków, instalacji elektrycznych i wentylacyjnych należało do cywilów. Żołnierzy pochodzących ze Śląska praca „na dole” specjalnie nie przerażała, ale chłopaków z innych regionów przejmowała grozą. Pocieszano nas tym, że „nasze” kopalnie są bezpieczne, bo nie są „gazowe” i że tylko w kopalni „Piast” po ścianach szybu bez przerwy leje się woda. Żołnierze zjeżdzający tym szybem do pracy zakładali na siebie grubą i niewygodną odzież ochronną, która w małym stopniu zabezpieczała ich przed przemoknięciem i przeziębieniem. Byli i tacy, którzy tym szybem zjeżdżali na golasa i dopiero na dole zakładali suchą odzież roboczą. Tak więc praca w kopalniach była nie tylko cieżka, ale trudna, była niebezpieczna. Zdarzały się grożne okaleczenia, a także wypadki śmiertelne. Przytoczę dwa, bardzo charakterystyczne.
 Do szybu wentylacyjnego kopalni „Wesoła” runął żołnierz z 3 kompanii Tadeusz Trajder. To co podniesiono z głębokości 75 metrów nie przypominało ludzkiego ciała. Ot, kupka połamanych gnatów i okrwawionego mięsa. Pogruchotana czaszka patrzyła pustymi oczodołami, z których w następstwie uderzeń o stalowe przęsła wyskoczyły i zapodziały się gdzieś bezpowrotnie gałki oczne. A był ten żołnierz  jedynym opiekunem i żywicielem swej matki-inwalidki. Szeptano, że być może popełnił samobójstwo. Szeptano, że wcześniej prosił o urlop, bo chciał matce zabezpieczyć dom przed nadchodzącą zimą, ale mu urlopu odmówiono. Innego żołnierza, pochodzącego z Wągrowca, śmiertelnie poraził prąd elektryczny. Leżał bez ratunku w pobliskiej szopie, na kupie pustych worków po cemencie, przewracał oczami i bełkotał coś niezrozumiale. Lekarz pogotowia przyjechał z pomocą medyczną dopiero po 3 godzinach. Żołnierz zmarł dwie godziny wcześniej. Za śmierć tych  żołnierzy nikogo nie pociągnięto do odpowiedzialności karnej, mimo że stwierdzono poważne zaniedbania, które mogły być przyczyną obydwu tragedii. Nie przeprowadzono żadnego śledztwa. Do akt personalnych dołączono jedynie raport powypadkowy dyżurnego sztygara i kierownika budowy. Na tym sprawę zamknieto.
 W każda niedzielę, po śniadaniu, organizowano dodatkowe wyjazdy do przymusowej pracy. Wyglądało to
w ten sposób, że na komendę „ochotnicy wystąp”, ochotników pozostawiono w koszarach, a zdesperowanych „nie-ochotników” ładowano na ciężarówki i rozwożono po różnych kopalniach. W następną niedzielę, na komendę „do dwóch odlicz”, co drugi jechał do pracy i tak w kółko. Ponadto żołnierze byli poddawani nieustannemu praniu mózgów, polegającego na wysłuchiwaniu niekończących się pogadanek polityczno-wychowawczych. Poziom tych pogadanek był naprawdę niski. Kadra podoficerska, w większości, nie posiadała podstawowego wykształcenia. Wszelka dyskusja w obrębie tych pogadanek kończyła się na poleceniu „bez dyskusji” albo „co, wojsko się wam nie podoba”. Podczas jednej z takich pogadanek ośmieliłem się mieć inne zdanie, aniżeli dowódca plutonu, na temat stosunku króla Jana Kazimierza do sprawy chłopskiej, zostałem ukarany całotygodniowym sprzątaniem koszar i paleniem w piecach. Tak właśnie, na ogół,wyglądała w naszej jednostce zachęta do dyskusji.
 Którejś niedzieli, gdy pod przymusem zagarnięto nas do dodatkowej pracy „na dole”, tylko nadzwyczajny układ wydarzeń uratował nam życie. W przodku pracowało 4 żołnierzy i 2 cywilów. W pewnej chwili jeden z nich popatrzył po stropie, ujął w rękę perlik i powiedział: -cofcie sie chłopy. Zamachnął się lekko i dziabnął tym perlikiem w strop, a strop runął pod nogi przytulonych do przeciwległej ściany, struchlałych żołnierzy. Zatrzeszczała obudowa na stosunkowo wysokim w tym miejscu chodniku. Wszyscy rzuciliśmy się do tyłu. Z przeraźliwym trzaskiem poszło kilka stempli. Prawą stroną chodnika ruszyło wielkie ciśnienie. Waliła się ściana. Ogromne kamienie i kawały węgla przemieszczały się jak żywe i zapadały gdzieś w głąb. Po chwili wszystko ucichło. Jeszcze potrzaskiwały deski w części ocalałego stropu i sypał się z góry czarny pył. Prawdopodobnie odsłoniła się pusta podziemna pieczara, do której runęło kilkadziesiąt ton kamieni i zbrylonego węgla. -No,chłopy,mieliśta szczynście- powiedział bez emocji górnik-uważajcie na ten strop.
 Patrzyliśmy z przerażeniem na koszmarną przestrzeń, która tak nagle odsłoniła się przed nami i mogła być naszym wspólnym grobem, gdyby nie górnicze doświadczenie cywila. Do końca szychty zgrabiałymi paluchami wybieraliśmy rumowisko, ładowaliśmy na drewnianą „sukę” (skrzynia bez kół) i ciągnęliśmy ją do odległego o 40 metrów wysokiego chodnika i dopiero tam ładowaliśmy urobek na wózki. Mordercza to była praca. Pokład węgla w tym chodniku był bardzo niski, miejscami dojście do wyrobiska nie zabudowane, a więc zagrożenie zawałem autentyczne. Od przodka do głównego chodnika przemieszczaliśmy się na czworakach. W kilka dni póżniej chodnik ten został miejscami całkowicie zaciśnięty, a wydobycie węgla na tym odcinku zaniechane.
Image and video hosting by TinyPic
 Kierowanie w takie miejsca nie przeszkolonych w górniczym fachu i niedoświadczonych żołnierzy było niedopuszczalne, a wręcz karygodne. Nikt się w dowództwie jednostki tym nie przejmował. Żołnierzy, pod przymusem, rzucono od razu na głęboką wodę, jakby z góry byli oni skazani na wykreślenie z rejestru żywych. Po pewnym czasie zrozumieliśmy dlaczego tak się działo. Władze PRL-u uważały nas za wrogów klasowych, za pokolenie dla komunizmu stracone. Byliśmy synami pracowników przedwojennej administracji, policjantów i wojskowych, bogatego mieszczaństwa i rolników (kułaków). Za jednym zamachem załatwiono dwie sprawy. Oddano niewygodnych marzycieli pod rygor wojskowej służby, a jednocześnie uzyskano darmowego robotnika do pracy w przemyśle cieżkim. Nie wszyscy żołnierze wytrzymywali tę próbę spokojnie. Część Ślązaków nie kryła swoich negatywnych uczuć do nowej Polski. Zdarzały się dezercje, doraźne sądy i wyroki śmierci przez powieszenie. W tych warunkach prowadzenie pracy kulturalno-oświatowej, czy rozrywkowej było niezmiernie utrudnione. Jednostka nie posiadała na etacie pracownika przygotowanego do prowadzenia zajęć w tym zakresie, ponieważ dowództwo nie dostrzegało takiej potrzeby. Żołnierze sami podjęli ten trud, a szczególnie chłopcy z Krakowa. Krakowianin Stanisław Florek zorganizował i prowadził chór męski, który urozmaicał swoimi  występami wszystkie okolicznościowe akademie. Inni Krakowianie zorganizowali sekcję bokserską, drużynę piłki nożnej, a Franciszek Korzonek rozgrywki szachowe.
 Płynął czas. Mijały dni wypełnione pracą i goryczą. Bolesne myśli dręczyły zacne serce. Do rezerwy zostaliśmy przeniesieni rozkazem MON 29 listopada 1953 roku. Odchodziliśmy z Wesołej pośpiesznym krokiem. Nie było podziękowań za ciężką, niewolniczą pracę.
Dowódca jednostki, zrusyfikowany Polak, odgrażał się nam na pożegnanie. -Przyjdziecie tu jeszcze raz i na kolanach będziecie mnie prosić o pracę, ale tej pracy nie dostaniecie. Wściekał się, bo ze starego rocznika, mimo finansowej zachęty, pozostało ochotniczo do dalszej pracy w Wesołej tylko kilku Ślązaków, którzy jeszcze przed służbą wojskową pracowali w górnictwie. Nas jednak zaskoczyła przede wszystkim wizja naszej przyszłości, która według słów pułkownika nie przedstawiała się różowo. Pocieszające w tym jest to, że pułkownik ten okazał sie kiepskim wizjonerem.
 Do stacji kolejowej maszerowaliśmy w zwartej kolumnie, potem kolumna się rozsypała. Zajęliśmy miejsce w pociągu. Koło wagonów wystukiwały ochoczo: do domu, do domu. Pozostawał za nami śląski krajobraz i mocno osadzone w nim kopalniane szyby. W ich mrocznej głębi poznaliśmy smak tytanicznej, niewolniczej pracy. Tam też, właśnie w Wesołej zadzierzgnęły się między nami żolnierzami męskie przyjaźnie. Jeszcze dzisiaj, po 50 latach, są one trwałe i wierne sobie.

A oto reminiscencje „zaszczytnej” służby wojskowej zawarte w metaforycznych strofach autorstwa Tadeusza Bieńkowskiego.

Żołnierzom z Wesołej

To pięćdziesiąty rok
Wydarł żolnierzom przyszłość z rąk
I sztandar jak obelgę rzucił im w twarz,
Bo nie był to służby blask i cud,
Ale górniczy trud
I wyzysk pod hasłem bilansu
Odwiecznych krzywd i win,
Za dziada myśl, za ojca czyn
Zwyczajnie, prawem spadku
Zapłacił wnuk i syn.

Żołnierzu z Wesołej
Ty dobrze wiesz,
Jak gorzki był tam chleb-
To system gnębił i poniżał Cię
Bo według niego
Tyś wrogiem ludu był.

Minęły lata-wieku pół,
Los lepsze karty dał na stół
I naród partyjnych bożków powywracał
Bzdurnych idei przepadł mit
I wodzów piętnem pozaznaczał.
Więc wierzę mocno, że nienawiści dni
Już nie powrócą więcej,
A wodzom mówię: tytułem bilansu win
Na ścianę dać waszą nędzę.

                                                                                                               Tadeusz Bieńkowski