Przed powołaniem do „woja” pracowałem w Państwowym Przedsiębiorstwie Fotogrametrii i Kartografii Polowej. Z powołania wynikało,że mam się stawić w terminie 2 tygodni na godz. 7 rano do W.K.R.Kraków przy ul. Głowackiego. Przy wejściu do budynku odebrano nam książeczki wojskowe i kazano czekać na rozkazy. Około południa zbiórka na placu apelowym. Wypłacono nam po 1 zł. oświadczając przy tym, że kto się oddali bez meldowania będzie uważany za dezertera, ponieważ otrzymaliśmy żołd wojskowy i od tego momentu staliśmy się wojskiem. Chcąc zaspokoić ciekawość zapytałem dokąd jedziemy- odpowiedź sierżanta w mundurze lotniczym była następująca: nie widzicie, że do lotnictwa, a dokąd to się póżniej dowiecie. Wszyscy wojskowi, którzy eskortowali nas do pociągu byli ubrani w mundury wojsk lotniczych, a na mundurach odznaki i medale: typy odrażające i małomówne. Siedząc w wagonie, zauważyłem przez okno, zbliżających się do pociągu około 30 chłopców w naszym wieku również eskortowanych przez lotników. Chłopcy marnie wyglądali, ubrani przeważnie w drelichy, bez żadnych tobołków, czy walizek. Co to za jedni-? ciekawiliśmy się.
 Stacja docelowa Mysłowice, a potem przesiadka do „banki”-po śląsku kolej międzykopalniana. Rozglądamy się za naszymi lotnikami, a ich już nie ma. Zniknęli. Zastąpili ich kaprale z piechoty, niesamowici krzykacze- rozdzierali się na nas, jak na bydło. Dwa razy nas liczyli, czy nas nie zabrakło. W wagonie kopalnianym zapytałem przybysza z drugiej grupy skąd jest. Po dłuższych naleganiach powiedział,że z więzienia Montelupich. Pomyślałem: ciekawe z nas będzie wojsko, pomieszane z młodocianymi więźniami.
 Stacja końcowa Kosztowy-Kopalnia Wesoła- było już wiadomo jakie będzie z nas wojsko. Wtenczas przypomniałem sobie, że rok wcześniej (wiedząc, że mnie czeka wojsko) napisałem prośbę do W.K.R.-ru o wcielenie mnie do Wojskowego Instytutu Geodezyjnego. Prośbę przyjęto, ale w rozmowie z tamtejszą władzą usłyszałem: w was drzemie zgnilizna reakcyjna. Dranie, wiedzieli, że mój ojciec przed wojną służył w policji. Zaczęło się mnie to wszystko niepodobać, a zwłazscza te rozdarte gęby kaprali.
 Zbliżał się wieczór. Rozdali nam namioty, kazali ustawiać. Nie powiedzieli w jakim kierunku, wytyczonej linii, czy odległości od drugiego namiotu. Ustawiliśmy tak, jak kto potrafił. Po godzinie przyszli krzykacze, porozwalali nam namioty i dopiero wtedy powiedzieli jak mają być ustawione. Po powtórnym ustawieniu namiotów, nastąpił przegląd naszych walizek. Jeśli ktoś posiadał wódkę, wino lub piwo zostało ono zabrane i skonsumowane przez kadrę. Tak zakończył się pierwszy dzień służby. Noc przespaliśmy w ubraniach i butach. Dali nam tylko do przykrycia się po lichym kocu.
 Rekruta bardzo mało przechodziłem, gdyż z kolegą Urlatą podałem się za telefonistę i przeprowadzaliśmy sieć telefoniczną z kopalni do jednostki. Po kilku miesiącach służby założyliśmy klub piłkarski, w skład którego weszli koledzy: Rychter,
Walczak, Cygala oraz jeden Ślązak, który przed wojskiem grał w II drużynie”Ruchu” i kilku innych, których nazwisk już nie pamiętam. Pierwszy mecz wygraliśmy z drużyną Wesołej 3:2, co się naszej kadrze spodobalo i klub został zarejestrowany. Z zakupem sprzętu były jednak trudności. Dla mnie było ważne to, że spotykajac się na tych meczach ze Ślązakami, można było dowiedzieć się wiele ciekawych rzeczy, nie tylko sportowych. Często braliśmy zapasowych pseudo-graczy, którzy mieszkali na Śląsku i w ten sposób
mieli możliwość spotkania się ze swoimi rodzinami. Ja zawsze jako zapasowego gracza zabierałem kolegę Pradeloka, którego wuj był kierownikiem w  kopalni Bytom.
 Po wygranym meczu dostawaliśmy i to nie zawsze jeden dzień wolnego. Mecze między klubami kopalnianymi załatwiała kadra i przeważnie za wódkę. Jeżeli były jakieś pieniądze to i te peniądze też kadra zabierała. Ale dla nas te mecze to był jakiś relaks.
Wśród żołnierzy miałem przyjaciół, a między innymi Jacusia z Gniezna, który był pisarzem w kancelarii kompanijnej i od niego do- wiadywałem się wszystkiego, co się działo w jednostce.
 Wreszcie doczekaliśmy się święta górniczego „Barburki”. Dali nam po 12 litra wódki na 4 żołnierzy i przenieśli nas do nowo wybudowanych baraków. Przez ten przedłużający się pobyt w namiotach, dużo chłopaków było chorych. Moczyli się, co drugi miał czyraki: poprzeziębiani byli wszyscy. Izba chorych była przepełniona. Brakowało rąk do pracy. Ze zgrupowania przyjechała delegacja z półk. Lipińskim, pod którego kuratelą znajdowały się jednostki wojskowe ze zgrupowania Jaworznicko-Mikołowskiego. Jednostka nasza dostała 2 dni wolnego na uporządkowanie tych spraw oraz poprawę stanu zdrowia. Natomiast młodocianych więźniów stopniowo zwalniano. Odmawiali pracy, gdyż wszyscy mieli otwartą gruźlicę.
 Pewnego razu, zdażyło się,że miałem okazję przeczytać list od kolegi Ślazaka, który zdezerterował. List napisał z Niemiec Zachodnich. Kapitan Karczewski list przeczytał, zmiął go i wrzucił do kosza, a Jacuś list z kosza wyciągnął i dał nam do przeczytania. Ślązak obmyślił madry plan ucieczki. Mundur zawiesił na haku w szatni, a sam przebrał się w cywilne ciuchy i bryknął. Szukali go 2 dni po kopalni, a on już był w Niemczech.
 Prawdę mówiąc, nie lubię wracać pamięcią do tamtych lat, tej trudnej służby, gdzie będąc żołnierzem, byłem traktowany przez ojczyznę jak przestępca.
 Obecnie często spotykam się z Wieśkiem Bauerem, członkiem naszego Związku Represjonowanych Żołnierzy-Górników. Z nim niejednokrotnie wspominamy tamte czasy. Tych kapralików, na czele których stał plutonowy „Fujarecka” (to przezwisko sam sobie wypracował) mówiąc, że bez fujarecki nima łorkiestry. Albo jego wypowiedź na apelu: chłopoki-żołnirze, na zimę dostaniecie krągłe ciepłe copki i ciepłe łodzienie. Takie to kpy nami rządzili. Wykłady polityczno-wychowawcze często odbywały się w lesie. Na komendę: profesory wystąp, któryś z żołnierzy występował i czytał za niego, bo jemu słabo wychodziło. Pamiętam wygłupy kapralików z za-
pałką znalezioną przed namiotem. Krzyk-ot kapral złamał by sobie nogę na belce. Przed namiotem zbiórka. Na rozkaz szliśmy do lasu niosąc tę zapałkę na kocu. Następnie kazano nam na wysokość chłopa wykopać rów i w nim nieszczęsną zapałkę zakopać.
Spaliśmy w namiotach. Było zimno, na placu leżał śnieg, a tu gimnastyka w koszulkach, a potem do kopalni.
 Na terenie kopalni sztygarzy zabierali nas do pracy, tylu ilu na dany dzień potrzebowali. Pierwsza moja praca, to noszenie Berg na dole. Bergi to celowniki o długości ponad 2 metrów, o kształcie beczułkowatym stosowane w chodnikach wentylacyjnych. Bardzo   gniotły w ramię, a niosło się je 200 metrów do szybu. Po paru dniach miałem dość tej pracy. Przydzielono mnie do pracy przy ścianie. Ściana miała wysokość jednego metra, wrąb na długość wiertła 1,8 m. Długość do wybrania węgla była długości 2 rynien, rynna około 2m.
 Praca na kolanach. Przy zakładaniu dynamitu tzw. cykoryjek musieliśmy sztygarowi strzałowemu zaklejać masą glinianą. Praca cholernie ciężka. Nie wszyscy potrafili na czas wszystko wybrać. Musielismy sobie wzajemnie pomagać. Miałem przykry incydent ze szty- garem, który wyzwał mnie od pierunów dlatego, że nie zabudowywałem stempli i nie podbijałem kap pod sztomple, a ja w odwet powiedziałem mu, żeby zamknął śmierdzącą mordę. Miał rację- przed wybieraniem powinno się przed sobą stawiać sztomple. Czekał mnie raport  i kara- byłem zadowony, że sobie posiedzę, a zatem odpadnie praca. Nic z tego: rano normalnie do pracy. Dobrze, że każdego dnia sztygarzy brali do roboty coraz to innych; zapisy i ewidencja nie istniała. Dlatego parę dni byłem beglajterem, parę dni pracowałem na knyflu (guziku pomp), ale górnik na polecenie sztygara mnie stamtąd wypędził. Przenieśli mnie do nadszybia, gdzie obsługiwałem wózki. Tam na dole było gorzej. Po odstrzeleniu węgla na ścianie, przez pół godziny śmierdział dynamit i łykało się pył węglowy. Wentylacja była do kitu. Było strasznie, myslałem, że nie wytrzymam. Kolega z Montelupich powiedział mi, że lepiej miał w więzieniu. I więcej na dół nie pojechał.
 4 grudnia, co prawda przenieśli nas do świeżo wybudowanych baraków, ale latryna (i kran z zimną wodą) była na polu przez całą zimę. Załatwiać się trzeba było na tempo dyktowane przez kaprala. Na kopalni, po pewnej reorganizacji, przeniesiono część żołnierzy do pracy na powierzchni, przy wykopach pod cechownię, do transportu materiałów budowlanych, demontażu starych fundamentów pod maszynę wyciągową, wykopów pod kanalizację i wielu innych robót. Nasza drużyna trafiła do transportu nocnego. Rozładowywaliśmy wagony z piaskiem, cegłą, stemplami, cementem, stalą zbrojeniową. Po kilku miesiącach naszą pracę przejęła jakaś firma. Ja zgadałem się z kolegą Jasiem Urlatą i zostałem na okres 2 miesięcy elektrykiem sieciowym. W nocy, podczas burzy, piorun uderzył w słup. Pękł izolator i przewód pod napięciem opadł na odciąg. Kolega z naszej drużyny niosąc wodę do betoniarki, dotknął odciągu i zginął na miejscu.
 Od tych wydarzeń minęło kilka dziesiątków lat.Koledzy, z którymi pełniłem służbę w Wesołej, w większości nie żyją. Zmarł kolega Cygala, Janaszak, Rychter, Sobczak, Urlata. Pozostała mi tylko garść smutnych wspomnień, gorycz w sercu i żal do ludzi, którzy wówczas rządzili Polską.


                                                                                                     
                                                                                               Władysław Kasprzycki