Z ogromną satysfakcją zamieszczam na naszym portalu dramatyczne relacje, które niezwykle wzbogacą obraz życia represjonowanych żołnierzy-górników.
Edward Kuc, autor niniejszego materiału, jest bratem Zofii Kucównej, wybitnej aktorki, ex-żony Adama Hanuszkiewicza i wykładowczyni Akademii Aktorskiej w Warszawie.

 Dziunek- tak oto pieszczotliwie zwracała się do Niego najbliższa Rodzinka. Być może już wówczas podążał on myślami tropem swojego ojca oficera. Tymczasem los, który nieoczekiwanie dopadł Edwarda Kuca jako poborowego nie tylko zburzył Jego oficerskie aspiracje, lecz wręcz rzucił w objęcia karnej jednostki wojskowej.
Albowiem takie to były czasy…

Image and video hosting by TinyPic

 Byłem żołnierzem Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Późną jesienią 1952 roku pod opieką „kupca” maszerowała duża grupa poborowych, w większości dwudziestolatków. Mieli za sobą mniej lub bardziej wygodne życie, rodzinne domy, a w kieszeni dowody dojrzałości-maturę. Szli martwymi, spowitymi w ciemności listopadowej nocy ulicami Chorzowa, którego zgrzyt, łoskot i wielobarwne łuny pracujących kopalń i hut dawały złudzenie, że przekracza się progi nie miasta, lecz progi piekła. Przekroczenie bramy kopalni „Prezydent” stało się bolesnym potwierdzeniem, że zstąpili do piekła.
 Stali stłoczeni w ciasną grupę przed wejściem do dużego zbudowanego z czerwonej pruskiej cegły budynku. Brama szeroka, żelazna. Ponad nią na pierwszym piętrze biła żółta łuna światła. Na wezwanie weszli do środka. Wspięli się po wąskich, żelaznych schodach na piętro do dużej kwadratowej sali, której jeden bok stanowiło okno. Na środku sali stół, krzesła, a wzdłuż ścian drewniane ławki. Na nich siedzieli ludzie w mundurach. Kaprale. Z ciekawością i pewną satysfakcją obserwowali przybyłych cywili. W przeciwległym od drzwi kącie znajdował sie prostokątny otwór w żelaznej podłodze, otoczony żelazną barierką. Gorąco! W powietrzu wyczuwało się nadmiar pary wodnej. Gardła gówniarzy ściskał żal za utraconą swobodą i wolnoscią. Grdyki chodziły jak u kaczek. Z tej drętwoty wyrwał ich głos: -Pierwsza dziesiątka schodzi schodami pod podłogę! Byli tak skołowani, że na dźwięk „dziesiątka” stanęło im widmo dziesiątkowania. Jeden z wystraszonych jęknął: -O rany! będą nas dziesiątkować!
 Dziesiątkowali ich pod prysznicem i podczas strzyżenia głowy do gołej skóry. Potem otrzymali mundury. Wydajacy sorty nie przejmowali się takim drobiazgiem, jak wzrost czy tusza. Jeden miał spodnie pod szyją, drugi wciągnięte do połowy bioder, innym ręce chowały się w rękawach. Dostali dziesięć minut na doprowadzenie się do porządku. Usłyszeli:-B-a-c-z-ność! Od tej chwili jesteście żołnierzami! Podlegacie więc dyscyplinie wojskowej. Dla was świętą rzeczą będzie rozkaz. A więc żadnych dyskusji i wiecowania. Po tych słowach sierżant zwrócił sie do stojącego obok plutonowego: -Weźmiecie te pałki golone. Trzymajcie ich w garści, żeby się nie rozleźli jak mendy po brzuchu.
 Powitanie poborowych było skończone. Byliśmy siódmą kompanią. Podzielono nas na plutony. Znalazłem się w pierwszej drużynie czwartego plutonu.

   Image and video hosting by TinyPic 

 Nazywam się Edward Kuc, mam pięćdziesiąt sześć lat, średnie wykształcenie i inwalidztwo II stopnia. W kopalni „Prezydent” przepracowałem 2 lata, zmieniając co kilkanaście godzin żołnierski mundur na drelich górnika i z powrotem drelich górnika na mundur żołnierza. Jestem jednym z tych żołnierzy, którym przyszło nie z własnej woli służyć w wojskowych batalionach pracy w pięćdziesiątych latach. Było wśród nas kilka grup.
 Grupa byłych kryminalistów. Odsiadywali wyroki za rozboje, napady z bronią w ręku i zabójstwa. Byli z różnych przyczyn ułaskawiani przedterminowo i natychmiast wcielani do jednostek wojskowych pracujących w kopalniach. Byli nonszalanccy, pewni siebie, bez hamulców moralnych, działali na zasadzie krótkiej wspaniałomyślności i chęci imponowania, albo ulegając pierwotnej naturze stadnej, która musi komuś, kogo uzna za godnego, ochraniać i służyć mu, aż do uległości włącznie.
 Druga grupa, to więźniowie polityczni. Spokojni, małomówni, podejrzliwi. Na początku z rezerwą i czujną nieufnością. Później brali udział we wszystkich żołnierskich eskapadach, ale na zasadzie pewnej wyższego rzędu odrębności. Bardzo dobrzy koledzy, przyjaźni dla wszystkich.
 Byli też więźniowie, o których się mówiło, że siedzieli z workiem na plecach. Różni- od szui do szczerych kumpli. Siedzieli za drobne złodziejstwa, oszustwa, wybryki chuligańskie. Wyroki mieli niezbyt wysokie, nie szokowali więc nikogo.
 I grupa czwarta, do której ja należałem. Przyszliśmy tu nie jak tamci z więzień, lecz ze świata ludzi wolnych, prosto z rodzinnych domów, z ław szkolnych, sportowych boisk. Synowie byłych profesorów wyrzuconych z uczelni, synowie byłych wojskowych sanacyjnych, synowie AK-owców, synowie inżynierów pracujących przed wojną w lotnictwie na przykład lub innych „podejrzanych” miejscach. Nie naraziliśmy się niczym. Wielu z nas działało w praworządnych organizacjach politycznych. A jednak byliśmy politycznie niepewni.
Dlaczego byłem niepewny? Ponieważ mój ojciec był zawodowym wojskowym sanacyjnym. Ponieważ aż do wybuchu II wojny, był etatowym wykładowcą w szkole podchorążych piechoty. Ponieważ od pierwszego dnia wojny w składzie 51. DP, brał udział w ciężkiej bitwie pod Różanem, a zakończył ją w ostatni dzień w ciężkiej bitwie pod Kockiem. Ponieważ cudem udało mu się wyrwać z niewoli, co jest niejako regulaminowym obowiązkiem każdego żołnierza. Ponieważ przez lata okupacji był nadal zołnierzem AK i wreszcie w wolnej Polsce więźniem. Majac takiego ojca nie miałem żadnych praw ani do złożenia egzaminu na Akademię Górniczo-Hutniczą w Krakowie, ani studiowania  w Szkole Oficerskiej, do której zgłosiłem akces, ani jako szeregowy z poboru w normalnej jednostce wojskowej. Mając takiego ojca, mogłem być przeznaczony tylko: -Do jednostki specjalnej!!! -co zostało mi zakomunikowane w Sieradzu, po złożonym egzaminie do Szkoły Oficerskiej, przez grubego majora, kiedy naiwny zwierzyłem mu się, że chciałbym służyć w łączności. Do tej pory pamiętam szyderczy rechot całej komisji.

   Image and video hosting by TinyPic

 Pracujemy na ścianie 302/3. Ściana to długi do osiemdziesięciu sześciu metrów pionowy pokład węgla, ograniczony z jednej strony chodnikiem transportowym, po którym na kilku transporterach taśmowych ustawionych jeden za drugim płynie węgiel ze ściany do wózków. Wzdłuż ściany biegnie też transporter opancerzony, zwany potocznie bajanem, ze zgrzebłami na grubych łańcuchach. Na ten bajan brygada ścianowa łopatami ładuje węgiel, a ten z kolei przesuwa go na taśmy transportowe. Odległość do wózków liczy setki metrów. Po drugiej stronie ściany biegnie chodnik wentylacyjny. Służy równiez do transportu drewna i żelaznych elementów obudowy. Obudowa składa się z trzymetrowych szyn i stempli (stojaków) stalowych. Jedynie na krańcach ściany stosuje się obudowę z drewna. Każda szyna waży około czterdziestu kilogramów, tyle co i stempel. Po wybraniu węgla trzeba nimi zabezpieczyć strop przed zawaleniem. Jest to cholernie trudne. W naszym przypadku ściana, czyli pokład węgla jest bardzo niska. Wysokością niewiele przewyższa wysokość krzesła z oparciem. Człowiek średniego wzrostu, klęcząc i wspierając się pośladkami o pięty, ma duże trudności z utrzymaniem pozycji pionowej. Dla takich jak ja, liczących sto osiemdziesiąt dwa centymetry wzrostu, jest to poprostu gehenna. Pracujemy tylko na kolanach, na które nakładamy ochraniacze z filcu i skóry. Kolana mamy twarde jak deska. Skóra na nich przypomina skórę na stopach, które chodzą boso. Na każdego z nas przypada do wybrania łopatą około dwunastu ton węgla.
 Trzydziestu młodych chłopców z krótkimi łopatami, w kłębach węgielnego pyłu, niemal w ciemnościach, w zgrzycie i łoskocie przesuwającego piramidy węgla przenośnika, tworzy scenerię nie z tego świata. To, dla nieoswojonych i bardziej wrażliwych nowych przybyszów, jest zawsze potwornym wstrząsem. My żyjemy w tym już wiele miesięcy i nikt się nad nikim i nad niczym nie roztkliwia. Nie oczekujemy zmian, nawet w najbliższej przyszłości. Jestesmy zobojętniali i zrezygnowani. Bez jednego odruchu sprzeciwu włazimy na ścianę. Gramolimy się jak żuki po zwałach odstrzelonego węgla i kamieni wzdłuż krawędzi zawału. Czołgamy się na kolanach i łokciach między stalowymi stemplami, by zająć swoje stanowisko pracy. Musimy jeszcze ciągnąć ze soba łopatę, pyrlik i kilof, pamiętajac o trzymanej karbidówce, by nie zgasła. Przesuwając się, walimy ciągle głowami o szyny pod stropem i podtrzymujące je stojaki stalowe. Gdyby nie hełmy, głowy nasze byłyby krwawą masą. Czekamy na uruchomienie transportu. A tansport, to kilka szerokich i długich na sto metrów taśm gumowych, obracających się jedna za drugą. To bunkier ze ślimakiem takim, jak ma w środku maszynka do mielenia mięsa. Nim w dół sypie się węgiel do podstawowych dwutonowych wózków. Bunkier wysoki na sto metrów. Wzdłuż niego, w pionie, dziesięć stalowych drabin, każda długa na dziesięć metrów. Stoją jedna nad drugą od półki do półki, w ciasnym, mokrym, pełnym wilgotnego tunelu pyłu. Za każdym razem musimy pokonać tę wysokość, pnąc się mozolnie jeden za drugim, karbidówką wiszącą na kciuku jednej ręki. Musimy bowiem dostać się na oddział. Ale naszą golgotą jest zejście. Gdy po kilkunastu godzinach przebywania w pozycji klęczacej wracamy zmęczeni, osłabli z głodu i pragnienia, nasza świadomość jest niepełna i mocno ograniczona. Skutki tego aż nadto widoczne są w naszej drodze powrotnej. Jeden za drugim, trzydziestu chłopa schodzi po prętach stalowych w dół. Ciemność niemal idealna. Spadający bowiem pył węglowy, zwany marasem gasi karbidówki. Ręce i nogi poruszają się na wyczucie. Słychać tylko sapanie i bolesne westchnienia z utrudzonych płuc. Rozlega się również wrzask wściekłości i bólu. To następca z góry, nie widząc nic w ciemnościach nadepnął przypadkowo na zaciśnięte wokół pręta palce poprzednika. Często, gdy noga obsunie się na mokrym szczeblu, osłabła ręka nie może utrzymać ciężaru zwisającego ciała. Wali się więc facet na dół, póki nie uchwycą go, również utrudzone ręce kolegów. I trwa ten jakby z piekła rodem, pochód nędzy i śmiertelnego zmęczenia. Osiągamy w końcu rzęsiście oświetlony chodnik, po którym kursują pociągi z węglem i gdzie znajduje się wysyp naszego bunkra. Tym chodnikiem wleczemy się półmartwi, bezmyślni, ale wyczuleni zwierzęcym instynktem na grożące nam wokół niebezpieczeństwa. Pędzace pociągi z weglem co kilka minut mijają nas w odległości nie większej niż trzydzieści centymetrów. By odsunąć się, miejsca nie mamy. Sekunda nieuwagi zmęczonego ciała i miazga z człowieka. Widziałem raz takie zdarzenie. A mimo to nie zatrzymujemy się w marszu. Gwałtowność z jaką organizm domaga się odpoczynku, dotąd jest nie znana. Niszczy nawet strach przed śmiercią. Jesteśmy opanowani jedną rządzą, byle prędzej, byle prędzej, byle prędzej…

   Image and video hosting by TinyPic

 Wgryzamy się w ciemną i wrogą scianę odstrzelonego węgla. Najpierw trzeba wybrać małą dziurkę, wejść w nią, by lepiej zgarniać
na zgrzebła transportera. Ten porcjami wyrzuci węgiel na pędzącą taśmę. I tak z taśmy na taśmę poprzez bunkier, trafi do wózka.
Wokół mnie coraz więcej miejsca. Ramiona coraz szybciej, rytmiczniej machają łopatą. Goły tors, jeszcze suchy, zaczyna wilgotnieć.
Pot lekką mgiełką unosi się nad nim, coraz szybciej barwiąc go na czarno. Naszych twarzy nie widać. Czarne maski, w których błyszczy biel gałek ocznych. Usta szeroko otwarte. Oddech coraz krótszy. Serce łomocze. Ciemne plamy przed oczami. Wytrzymać. Nie poddać się. To minie. Musi minąć. Zawsze mijało. I rzeczywiście. Przychodzi moment, że rozklekotany organizm uspokaja się. Łapiemy drugi oddech. Czujemy się jak maszyny, które równym rytmem, twardo wsparte na kolanach, wykonują wahadłowe ruchy, z równoczesnym wyrzutem ramion uzbrojonych w łopaty. Wyścig z czasem i węglem trwa. Im szybciej zniknie, tym dłużej, na górze, cieszyć będziemy się słońcem.

 Usłyszałem grzmot. Nieludzki. Sypnęło czarnym pyłem. Rozległy zawał zamknął nas, jak w klatce, odcinając nie tylko drogę powrotną ale i dopływ swieżego powietrza. Cywile doświadczeni ludzie, kazali wszystkim przesunąć się pod sam zawał. Było tu jeszcze wiele dobrego powietrza. Zawał przedstawiał straszny widok. Potężne zwały kamienia oderwane od stropu wypełniały całą szerokość chodnika. Obudowa z bali drewnianych była połamana, jak kruche zapałki. Pod stropem ziała straszliwie postrzępiona wyrwa wypełniona gruzem skalnym. Szybkość ratunku uzależniona była od długości zawału. Im krótszy, tym prędzej przedrą się ratownicy. By oszszędzić tlen,zarządzono wygaszenie karbidówek. Pozostała jedna ledwie się tląca. Konieczny całkowity bezruch ciała. Nawet prowadzenie rozmów zostało zakazane…Coraz trudniej oddychać. Powietrze układało się mglistymi, błękitnymi warstwami. Stary cywil uspakajał kogoś:-cicho synek,cicho. Jeszcze dzisiaj pójdziem do dom. Usłyszałem szloch i skowyt. Jakby pies skuczał. Potem coraz głośniejszy bełkot. Zaczynała się histeria. Udzielała się wszystkim. Ludzie rzęzili coś, charczeli niezrozumiałe słowa. -Zawrzyj jeden z drugim gębę, ciulu, bo ci do rzyci nakopia! -krzyczeli górnicy-cywile. Usłaszałem jeszsze smarknięcie, krótki chlip gila w nosie i zaległa cisza. Tylko się nie ruszać. Każdy ruch to zabranie porcji tlenu. Próbowałem zmusić się do powolnego, regularnego oddychania. Obręcze na piersiach puściły, dławienie w gardle zmalało. Całą siłą opanowałem się. Dręczył mnie strach. Strach, jakiego jeszcze nie znałem. Gówno! Co za przeklęte gówno! Dlaczego ja? Dlaczego właśnie ja? Zacząłem w kółko powtarzać w myślach:
Jestem nieśmiertelny. Nic złego mi się nie stanie. Jestem nieśmiertelny, nieśmiertelny jestem. Jestem nieśmiertelny. Ktoś się poruszył. Wybił mnie z transu. Popatrzyłem na moich towarzyszy. Domyślałem się raczej ich kształtów. Siedzieli w ciemności z głowami nisko opadłymi. Większość leżała. Wyglądali jak miękkie manekiny. Nie widać było w nich ni życia ni ruchu.
…Usłyszeliśmy dalekie odgłosy uderzeń kilofa i przesuwanych kamieni. Zbliżał się ratunek. Odgłosy pracujących ratowników coraz wyraźniejsze, choć ciągle jeszcze dalekie. Teraz zaczęło sie nam śpieszyć. Czy zdążą, czy nic im nie stanie na przeszkodzie? Znowu zaczęło się we mnie wszystko krecić.  Chciałem stąd uciekać, zaraz, natychmiast, w tej chwili. Nie chciałem umierać. W tętnicy szyjnej czułem serce. W głowie huczało. Oddech był szybki, świszczący. Czekałem. Nagle u szczytu zawału rumor. Wysunęła sie rurka, z której silnym podmuchem zasyczało powietrze. Zaczęlismy oddychać. Zaczęliśmy żyć. Minęła dziewiąta godzina odcięcia od świata. Wyczołgaliśmy się pod szczytem zawału, ocierając się plecami o wiszące głazy piaskowca, na drugą stronę. Na wyścigi,jeden przez drugiego z kłującym bólem w płucach, z oślepłymi oczami, jeden przez drugiego wiał od tego grobu ku życiu.
 Zaczęliśmy się pocieszać, że nie jest jeszcze tak źle. W porównaniu z innymi kopalniami nasza miała dość wysoki czynnik bezpieczeństwa. Nie było gazu.W roku 1954 w kopalni „Barbara-Wyzwolenie” od wybuchu gazu zginęło osiemdziesięciu górników. Większość stanowili zatrudnieni tam więźniowie. Widziałem ich w otwartych trumnach, ustawionych z wojskowym drylem w szeregach, w auli Domu Górnika w Chorzowie. Nie obchodziło mnie kim byli za życia. Żegnałem kumpli. Wstrząsający widok, którego długo nie mogłem wymazać z pamięci.
 U nas wypadki były przede wszystkim spowodowane pękaniem i obsypywaniem się skał stropowych. W okresie dwuletniej służby mieliśmy kilkanaście ofiar śmiertelnych, w tym sześciu żołnierzy z mojego rocznika. W innych kopalniach straty dochodziły do trzydziestu żołnierzy.

   Image and video hosting by TinyPic

 Janek. Warszawiak z Bródna. Średniego wzrostu, zgrabny chłopak, przystojny. A nawet ładny, bo figiel w oczach, z jakim patrzył na świat, dodawał mu wdzięku nieomal dziewczyńskiego. Uprawiał sposób bycia typowy dla warszawskich cwaniaków. Nie straszne mu były ni burze, ni wichury. Lubiliśmy się. Żyliśmy obok siebie wiele miesięcy, razem pracowaliśmy, jedlismy z jednej miski. No! Prycza w pryczę. Pamietam jego matkę. Kilkakrotnie przyjeżdżała odwiedzić syna. Tęga, dobrze po pięćdziesiątce, z ubioru i sposobu bycia typowa właścicielka straganu z kwiatami i zniczami sprzed bramy cmentarza bródnowskiego.
 Nieszczęście przyszło tuż przed zakończeniem robót na ścianie. Węgiel wybrany, ale strzałowy usunął jeszcze ładunkiem wybuchowym wiszący na stropie garb węglowy. Schroniliśmy się więc przed odłamkami na chodniku, beztrosko gawędząc i paląc papierosy. Po wydmuchaniu przez wentylatory dymu, czadu i pyłu węglowego, Janek ruszył pierwszy na swoje stanowisko. Z daleka migotał nikły płomień karbidówki, który oświetlał sunącą na kolanach i rękach jego sylwetkę. Był to ostatni wizerunek Janka, jaki pozostał nam w pamięci. Usłyszeliśmy tąpnięcie, krótkotrwały dźwięk ocierania się kamienia o kamień i łomot spadajacego ciężaru. Światło wraz z sylwetką kolegi zniknęło nam z oczu. W tym miejscu leżał potężny klin piaskowca, a nad nim, zachowując jego kształt, ziała straszna dziura w caliźnie stropu. I nic więcej. Zgroza jak nas opanowała, była paraliżująca. Nikt nie drgnął ani słowem nie odezwał się. Czułem w mózgu chodzące mrówki. Dopiero krzyk serdecznego kolegi Janka wyrwał nas z letargu.
 Chłopak dostał szału. Walił pyrlikiem w leżący głaz, ochrypłym głosem wzywał jego imię, miotał się bezsilnie w czarnym węglowym kurzu. Świadomość, że ciało kolegi, z którym minutę temu rozmawialiśmy, leży zmiażdżone na krwawą miazgę, była nie do zniesienia. Płakaliśmy. Łez,ktore lały się z oczu, rozmazując na policzkach roztopiony pył węglowy, nikt się nie wstydził.
 Nadbiegli sztygarzy, siłą usunęli nas ze ściany i wysłali pod szyb. Wezwani ratownicy skończyli roboty na ścianie i przez całą dobę usuwali głaz,by spod niego wydobyć szczątki naszego Janka.

 Moja ostatnia szychta na ścianie. Ostatnie wezwanie na telefon. Pracujemy jak w pierszych dniach z wielką uwagą, ostrożnie, bardzo dokładnie. Chcemy przeżyć i cali wrócić do domu. Ale jak zawsze pracę zakłóca nam transport. Awaria nie wiadomo jak długo potrwa.
Wykorzystuję ten czas,żeby pożegnac się z kopalnią. Chcę zostać z nią sam na sam.Urządzam z kilku na ukos położonych okorków o metrowej długości w miarę wygodne, ale cholernie twarde posłanie. Jak pies obracam się i kręcę, wyszukując na nim najwygodniejszej pozycji. Układam się jak embrion, przykryty bluzą pod którą chowam całą niemal twarz. Jestem sam. Nikt mi nie przeszkadza. A więc za kilka godzin skończy się to. Nigdy więcej już tu nie wrócę. Rozjedziemy się wszyscy w różne strony Polski. Rozpadniemy się na dzielące nas różnice moralne, etyczne, społeczne. Każdy z nas powróci do siebie sprzed dwóch lat. O ile inny? O ile bogatszy lub zubożony.
 Wszystko już za mną. Nawet mi żal niektórych kumpli, że już nigdy nie zagwarzymy, nie popalimy jednego papierosa, nie wspomożemy słowem i uczynkiem. Broniliśmy sie wspólnie przed załamaniem i rezygnacją, przed upokorzeniami i cierpieniami. Nasza młodość była naszym największym sprzymierzeńcem. Młodzieńcza fantazja, nawet brawura, która w najgorszych chwilach rzucona przez jednego z nas jak koło ratunkowe w zdechłe zwątpienie, umiała wydrzeć i radość, i śmiech i optymizm. Ta błogosławiona, głupia, odurzajaca młodość, która w najmniej oczekiwanych momentach wprawiała nas w szczęście. Nawet wtedy, gdy brodziliśmy w wodzie po kolana na tzw. przodku, aby ufedrować kilka tysięcy ton węgla dla ukochanej ludowej ojczyzny. Gdy marząc o kotlecie schabowym, wtrajaliśmy nasz powszedni „beton”, niecedzony makaron utłuczony z białym serem, którgo nie można było
przełknąć, nie popiwszy dwoma litrami kawy. Gdy zmieszani w jedną posłuszną masę roboczą traciliśmy swoja tożsamość. Gdy w kieracie roboczym gubił się sens życia, gubiły sie hierarchie wszelkiej wartości i miar. Nawet wtedy bywało, że rżeliśmy śmiechem jak konie na łące zielonej. Z byle czego. Przeciwko wszystkiemu.
 Chciano nas „inteligenciaków” upokorzyć, wytytłać w brudzie i występku. Nie przewidzieli jednego. Że i w takich warunkach rodzi się nowy kodeks moralny. Tworzy go wspólna praca, niebezpieczeństwo, niewygody, nieszczęścia, a przede wszystkim chęć przetrwania. Przestaliśmy się dzielić na przestępców i nieprzestępców. Tworzyliśmy organizm, który musiał przetrwać. Każdą pracę można pokochać. Nawet tę najcięższą i najbardziej nieludzką,jeśli jest wykonywana dobrowolnie, jak dobrowolna jest praca górników-cywilów. Oni kochają swoją „grubę”. Ale pracy pod groźbą knuta i aresztu pokochać nie można.

   Image and video hosting by TinyPic

                                                                                                                            Edward Kuc